sobota, 2 maja 2015

~.34.~


Ważna notka pod rozdziałem!!!

Olivia i Sarah wparowały do mojej sali przestraszone. Byłam szczęśliwa, że mogłam je zobaczyć. A zwłaszcza siostrę, której nie przytuliłam od miesiąca.
Wciąż czułam niesamowity ból w brzuchu i głowie, byłam słaba, zmęczona. Jednak musiałam z kimś w końcu porozmawiać.
- Jak się czujesz? - zapytała siostra, łapiąc mnie za rękę.
- Jak gówno - sarknęłam, na co ta zaśmiała się pod nosem.
- Kochanie, tak się martwiłam. Zayn zadzwonił do mnie, przyleciałam najszybciej, jak się dało. Co się właściwie stało? - mówiła zmartwiona Olivia, lustrując moją twarz.
Nie mogłam wydać Zayna, ufałam siostrze, ale to była zbyt ważna sprawa. Zamknęliby go za zabójstwo, a tego bym nie zniosła.
- Miałam wypadek. Wypiłam trochę po imprezie i wsiadłam do samochodu - skłamałam.
- Lucy, ile się o tym mówi - wymamrotała brunetka.
- Wiem, wiem - wyszeptałam, przygryzając wargę.
Sarah stała przy Louisie, który cały czas spał. Tak bardzo chciałabym do niego podejść, ale nie mogę się ruszyć. Mój przyjaciel cierpi...
- Co u was? - zapytałam z lekkim uśmiechem.
- Diana rośnie, jak na drożdżach. Jest taka śliczna, ostatnio częściej spotykam się z Devonne i Joelem, pomagam przy małej. Tęsknimy za tobą - opowiadała, głaszcząc mój policzek.
- Ja za wami też - mruknęłam.
- Wróć ze mną do Stanów, zamieszkasz u mnie lub Joela - zaproponowała siostra.
- Nie, muszę skończyć szkołę. I tak opuściłam już trochę - odparłam słabo.
Wtedy do sali wszedł lekarz, którego poznałam kiedyś. Dean.
- Olivia, przykro mi, ale musisz wyjść. Bierzemy ją na badania kontrolne - oznajmił, po czym spojrzał na mnie.


Po badaniach odwieźli mnie z powrotem na salę, gdzie siedziała już Melissa. Cieszyłam się z jej wizyty.
- Cześć, tak się denerwowałam - rzekła, patrząc na mnie.
- Taa, trochę się narobiło - skwitowałam.
- Powiedzieli mi dopiero rano, a Zayn z Melissą byli tu całą noc. Chłopaki wrócili o 3, a Harry nawet nie zadzwonił. Nieważne, jak się czujesz? - powiedziała Sarah.
- Lepiej, chcę już do domu - wymamrotałam, przewracając oczami.
- Ale to niestety, dopiero za przynajmniej jeden dzień - usłyszałam głos Dean'a, który właśnie wszedł do sali.
Przywieźli Louisa, pielęgniarki zaczęły go przypinać do tych urządzeń, a lekarz zapisał coś na jego karcie.
- Co z nim? - zapytałam, przygryzając wargę.
- Jest poprawa, powinien wybudzić się za kilka godzin. Wątroba i śledziona działają prawidłowo, ale posiedzi tu dłużej niż ty - poinformował, czytając wyniki badań.

Po wizycie Sarah zostałam sama, nie licząc reszty pacjentów w sali. Jednak nie na długo, bo chwilę później w szybie od drzwi zobaczyłam Nialla i Liama. Chłopcy weszli do sali, po czym stanęli obok mego łóżka.
- Hej, mamy coś dla ciebie - powiedzieli, stawiając na mojej szafce małą porcelanową tancerkę.
- Kwiatów nie można wnieść - oznajmił Niall, siadając na krześle.
- Spoko - posłałam mi uśmiech, co odwzajemnili.
- Zayn powinien tu być za kilka minut, siedział całą noc i rano pojechał się zdrzemnąć - odrzekł Liam, co przyśpieszyło bicie mojego serca.
Rozmawialiśmy jakieś 10 minut, po czym zauważyłam w drzwiach Zayna. Horan i Payne pożegnali się, opuszczając pomieszczenie, a do mojego łóżka zbliżył się Malik.
- Cześć, księżniczko - przywitał się, łapiąc moją dłoń.
- Hej.
- Przywiozłem kilka ubrań, twoje kosmetyki, telefon, ale nie mogę tego tu wnieść. Pozwolili jedynie na to - odparł, po czym wyciągnął z kieszeni kurtki małego misia.
Wzięłam go do ręki, był taki słodki. Cieszyłam się, że o tym pomyślał.

Wizyta Zayna była krótka, bo przywieźli nowego pacjenta i Malik musiał wyjść. Zostałam sama, ale potrzebowałam tego. Chwila odpoczynku i przemyślenia wszystkiego.
Teraz widzę, komu na mnie zależy. Chyba jestem w stanie wybaczyć chłopakom i Sarah, bo widzę, że troszczą się i dbają, bym była bezpieczna. Bo choć ten skurwiel mnie porwał to oni byli tu ze mną, a Zayn dopuścił się najgorszego, ale w mojej obronie. Naraził siebie, aby uwolnić nas z rąk tych zwyrodnialców.
I wtedy usłyszałam głośne pikanie, Louis się obudził. Szybko spojrzałam w jego stronę, jego klatka piersiowa poruszała się w bardzo szybkim tempie. Miał otwarte oczy, już chwilę później zbiegli się lekarze.
- Louis, jestem tutaj - mówiłam, ale on nie wykazałam żadnej reakcji.
Pielęgniarki oraz Dean wstrzykiwali mu coś, poprawiali kroplówkę i inne te rzeczy. W oczach zaczęły zbierać się łzy, gdy widziałam, co dzieje się z moim przyjacielem. Ciągle powtarzałam, że jestem tutaj. Mówiłam jego imię, ale nie reagował.
Dean kazał mi się zamknąć, bo go to denerwuje i nie może się skupić, ale miałam to w dupie. Liczyło się to, by Lou wykazał jakąkolwiek reakcję.
Wyciągałam do niego rękę, nawet podniosłam się to pozycji siedzącej. Łzy spływały po mnie strumieniami, aparaty okropnie pikały, głowa bolała niemiłosiernie. I wtedy stał się cud, Louis wystawił rękę, po czym złączył ją z moją.
Wszyscy momentalnie popatrzyli się w moją stronę. A ja nie mogłam w to uwierzyć, teraz płakałam ze szczęścia. Louis był świadomy, pamiętał mnie.
- Jestem tutaj, jestem z tobą - wyszeptałam, ocierając słony płyn z moich oczu.
Słyszałam tylko jego oddech, który wspomagany był maską. Lekarze odsunęli się z uśmiechami na twarzy.
- Wszystko jest dobrze, ale musi teraz dużo odpoczywać. Nikt nie może tutaj wejść przez najbliższe kilka godzin - odrzekł Dean, po czym opuścił salę.
- Louis, jeśli mnie słyszysz ściśnij mocniej moją rękę - odparłam nieco głośniej.
I już po chwili poczułam, jak jego dłoń zaciska się na mojej. Byłam taka uradowana, on słyszał, widział, miał świadomość.
- Kocham cię, rozumiesz? Nigdy już nie pozwolę, by ktoś się tak skrzywdził - mówiłam do niego, lecz nie oczekiwałam odpowiedzi. Był na to za słaby.
Do końca wieczora mówiłam do Louisa, ale on jedynie ściskał mocniej moją rękę lub próbował spojrzeć w moją stronę. Śmiałam się dużo, opowiadałam mu historie z mojego życia. Potem on zasnął, a ja długo myślałam o mojej relacji z Zaynem.

Rano obudziłam się około 10 am, byłam wypoczęta i czułam się znacznie lepiej. Ból głowy ustał, nabrałam energii. Pielęgniarka przywiozła mi ciepłe śniadanie oraz herbatę. Leżałam bezczynnie jakieś 15 minut, patrzyłam w okno, które zalał londyński deszcz. Nie mogę się doczekać, kiedy opuszczę ten cholerny szpital i odetchnę prawdziwym powietrzem. Mam serdecznie dosyć zapachu pacjentów, płynów oraz pikających aparatów.
I nagle usłyszałam, jak Louis się budzi. Był w stanie przekręcić głowę w moją stronę, następnie ruszył ręką, którą zdjął maskę.
- Cześć Louis - uśmiechnęłam się do niego.
- Kocham cię, księżniczko - wychrypiał ostatnimi siłami, a ja popłakałam się, jak małe dziecko.
Chwyciłam jego rękę, gdy do sali wszedł lekarz z pielęgniarkami.

Po dwóch dniach dostałam upragniony wypis, więc od rana czekałam, kiedy Zayn mnie stąd zabierze. Wczoraj wszyscy przyszli do nas, rozmawiali z Lou, który robił się coraz silniejszy. Olivia powiedziała, że ten chłopak cudem z tego wyszedł.
Zayn przyjechał z samego rana z moimi rzeczami, pielęgniarka pomogła mi się ubrać. Rozczesała mi brudne już włosy. Czułam się lepiej, ale i tak wywieziono mnie na wózku. Olivia z Zaynem od razu zaczęli mnie ściskać, ale ja kazałam im jechać już do domu.
Zapakowali mnie do auta, razem z Olivią z tyłu.
- Teraz nie opuszczę cię przez najbliższy rok! - powiedziałam siostra z groźnym spojrzeniem.
- Boże, za co? - zaśmiałam się.
- Ej!
- Olivia zamieszka z nami przez najbliższy czas - poinformował Zayn, a ja przygryzłam wargę.
Patrzyłam na niego przez chwilę, ale potem Olivia zaczęła mi opowiadać, że nie pozwoli mi wsiąść za kółko do śmierci. Aż w końcu dojechaliśmy do domu, ale ja nie byłam w stanie sama przejść.
- Ja ją wezmę, a ty zabierz rzeczy - Malik zwrócił się do mojej siostry, która od razu chwyciła moją torbę.
- Uważaj - wyszeptał Mulat, delikatnie wsuwając swoje ręce pode mnie.
Czułam się tak wyjątkowo, gdy trzymał mnie, jak pannę młodą. Moje serce biło, jak oszalałe. Zrobiło mi się cholernie gorąco, patrzyłam w jego piękne oczy i rozpływałam się. On również lustrował moją twarz. Niestety, przerwałam nam Olivia mówiąc, że mamy się pospieszyć, bo się przeziębię.
Zayn wszedł do domu i położył mnie na sofę, okrywając szczelnie kocem. Następnie wrócił zamknąć auto oraz drzwi.
- Przyniosę ci więcej poduszek - oznajmiła siostra, znikając na schodach.
- Zayn, zanieś mnie do łazienki. Chcę się umyć - rzekłam, gdy ten uklęknął przy kanapie.
- Jasne - wyszeptał, biorąc na ręce moje okropne ciało.
Delikatnie pokonywał każdy stopień, obchodził ze mną, jak ze szkłem, porcelaną. Oczywiście wszedł do łazienki w swoim pokoju, co w sumie było dobre.
- Pomogę ci, jeśli nie masz nic przeciwko - odparł, sadzając mnie na blacie obok umywalki.
- Ja jej pomogę, ty zrób herbatę - usłyszeliśmy głos siostry, która stała w drzwiach z rękoma pod biustem i dziwną miną.
Malik spojrzał w moje oczy, pozwoliłam mu odejść, bo zrobił bez słowa.
- Chodź tu, umyjemy cię malutka - wymamrotała, powoli ściągając moja bluzkę.
Zajęło nam to około 45 minut, bo przy większym ruchu brzuch niemiłosiernie przypominał o sobie. Momentami płakałam z bólu, ale w końcu Olivia pomogła mi się umyć i z powrotem ubrać, Nawet włosy wyszorowała, zęby również. Byłam jej wdzięczna, ponieważ nieźle się na tym namęczyła. To nie lada wyzwanie, bo wystarczy jeden ruch i mój brzuch wywoła taki ból, że tego nie wytrzymam.
Gdy byłam gotowa, zawołałyśmy Zayna, który wziął mnie na ręce, po czym zniósł na dół. Leżałam wygodnie na kanapie, okryta kocem z herbatą w ręku.
- Olivia, przyniesiesz mi proszę torebkę? - mruknęłam, biorąc łyk ciepłego napoju.
Brunetka natychmiast wstała z fotela, ruszyła do przedpokoju.
- Wszystko dobrze? - zapytał chłopak z troską w oczach.
- Tak, jeśli jesteś obok - wyszeptałam, patrząc na niego. Miałam wrażenie, że wzruszył się na moje słowa.
- Trzymaj, ja idę po książkę - siostra podała mi torebkę, a następnie wbiegła na górę.
Wyciągnęłam z niej misia od Zayna, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Odwzajemniłam go, ale Malik poszedł gdzieś.
- Wiem, że to nie wynagrodzi ci tego, co przeze mnie przeszłaś. Jednak bardzo cię kocham i nie pozwolę już, by ktoś zrobił ci krzywdę. Cały czas będę przy tobie, jesteś moim oczkiem w głowie, proszę to dla ciebie - mówił, ściskając moją rękę.
Podał mi małe pudełko, a ja już płakałam, jak bóbr. Otworzyłam prezent, byłam w szoku. Piękna bransoletka. Nie mogłam uwierzyć, do tego gdy ją wyjęłam, zauważyłam napis z tyłu serduszka. A właściwie literki. ZL.
Zamiast odpowiedzieć, namiętnie pocałowałam chłopaka. Już zapomniałam smak jego ust, a był taki wspaniały. Tęskniłam za tym. Całowaliśmy się dobre 3 minuty, byłam w 7 niebie.
- Też cię kocham.
- Podoba ci się? - zapytał, zakładając bransoletkę na moją prawą rękę.
- Jest piękna - uśmiechnęłam się, oglądając ją.
- Ale musisz mi coś obiecać - odparł, patrząc mi w oczy. - Nigdy więcej nie zrobisz sobie krzywdy. Pomyśl, że gdy okaleczasz siebie to tak, jak gdybyś okaleczała mnie.
- Obiecuję - wyszeptałam, przygryzając wargę.


_________________________________________________________________________
Witam was po długiej przerwie :) Przepraszam, że tyle musieliście czekać, ale szkoła i brak weny robi swoje ;c Ale już wracam, chociaż nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału. Pewnie jest dużo błędów. Może jutro je poprawię. 
Ale co najważniejsze: 
Zdejmuję limit komentarzy, ale nie oznacza to, że macie przestać komentować. Bardzo was proszę o taką opinię, bo to szansa na szybszy rozdział. Chciałabym, żeby chociaż 3 komentarze były pod rozdziałem :) Mimo to rozdziały będą się pojawiać bez względu na liczbę komentarzy.
Chciałabym wam serdecznie podziękować za prawie 37 tysięcy wyświetleń!! Zakładając Life'a nigdy nie myślałam, że uda mi się dobić to tylu ;c Kocham was bardzo i szykuję pewną niespodziankę dla moich czytelników ;)
Zaszły małe zmiany w bohaterach i czytam&polecam :)
Podobał wam się rozdział? Louis się obudził, Lucy wyszła ze szpitala i pogodziła się z Zaynem :) Jak myślicie, co wydarzy się dalej?
See ya soon :*
Clauduśka Duśka xx.

-Komentarze karmią wenę.
~. Miley ♥


czwartek, 2 kwietnia 2015

~.33.~

Lucy od godziny ma operację, Louis tak samo. Harremu opatrzyli rękę, a ja nie jestem w stanie się uspokoić. Przez swoje fochy pozwoliłem, by ten skurwiel zrobił jej krzywdę. Zamiast się nią opiekować po prostu sobie wychodziłem. Teraz siedząc na poczekalni o 1 w nocy przeklinałem na siebie. Liam ciągle powtarzał, że będzie dobrze. Niall siedział zdenerwowany, a Harry nic nie powiedział od 15 minut, kiedy opatrzyli mu ranę.
Nie wytrzymałem i udałem się na dwór, by zapalić. Zaciągnąłem się dymem, po czym poczułem wibracje w kieszeni spodni. Wyjąłem telefon, odebrałem.
- Zayn?
- Tak, kto mówi?
- Melissa, kurwa co się dzieje? Gdzie jest Lucy?
- Ona...miała wypadek. Jesteśmy w szpitalu.
- Już tam jadę!
Rozłączyłem się, schowałem urządzenie z powrotem do kieszeni. Rzuciłem niedopałek na ziemię, przydeptując go butem. Wracając na oddział podszedłem do automatu, wrzuciłem kilka drobniaków i kupiłem cztery kawy dla siebie, Harrego, Nialla oraz Liama.
Podałem kubki chłopakom, aby następnie usiąść na plastikowym krzesełku.
Strasznie się denerwowałem, chciałem wiedzieć, co z nimi. Aż nagle na oddział wpadła Melissa.
- Zayn! Co się dzieje? - pytała podbiegając do mnie.
- Lucy miała wypadek, operują ją i Louisa - lekko nagiąłem prawdę.
- Kurwa - mruknęła, siadając obok Liama. - Melissa jestem.
- Liam.
- Harry.
- Niall.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, aż w końcu drzwi otworzyły się, a dwie pielęgniarki wyszły z pomieszczenia. Zaraz za nimi Dean z innym lekarzem.
- I co? - zapytałem, a wszyscy zebrali  się w okół nas.
- Jej stan jest stabilny, operacja się udała. Przewozimy ją teraz na intensywną terapię - powiedział, a ja poczułem ulgę. Uśmiech sam zagościł na mojej twarzy.
Reszta trochę się oddaliła i cieszyła w swoim gronie, ale ja z Deanem cofnęliśmy się, by pogadać na osobności.
- Słuchaj, nie będę się mieszał w twoje sprawy, Malik. Jednak, to co podano tej dziewczynie mogło ją zabić. Dawka tego była tak silna, że gdybyś przyjechał kilka minut później ona byłaby martwa. To nie są żarty - wyszeptał poważnym tonem, patrząc na mnie.
- Dziękuje, Dean. Wiem, wiem. Zaopiekuję się nią - poklepałem go po ramieniu, obdarzając wdzięcznym spojrzeniem.
- Spoko, a jeśli chodzi o Louisa to jeszcze nic nie wiem - rzekł na odchodne.
Zobaczyłem, jak z sali wywożą nieprzytomną Lucy. Podbiegłem do niej z Melissą. Była taka blada.
- Boże, kto ci to zrobił? - usłyszałem szept blondynki, której leciały łzy.
- Hej, spokojnie - objąłem ją ramieniem, na co lekko się uśmiechnęła.
- Przykro mi, ale musimy ją podłączyć i nie mogą państwo wejść - odparła pielęgniarka, gdy wchodziły na oddział IT.
Ja i Melissa zostaliśmy przed drzwiami.
- Od kiedy wy właściwie jesteście razem? - zapytała, opierając się o ścianę.
- Teoretycznie nie jesteśmy w ogóle - mruknąłem, przeczesując dłonią włosy.
- My od jakiegoś czasu straciłyśmy kontakt, nie odpisywała mi, nie odbierała. W szkole unikała.
- Tak, to trochę trudne do wyjaśnienia - wychrypiałem, drapiąc się po szyi.
Melissa kiedyś sprawiała wrażenie tajemniczej, ale teraz widzę w niej dobrą dziewczynę. Kocha Lucy, jak siostrę.
- Kochasz ją, co? - rzekła po chwili, na co nerwowo przełknąłem ślinę.
- Tak.

Po około 45 minutach skończyli operować Louisa, którego przewieźli tuż obok Lucy. Od razu pobiegłem do lekarza, aby wypytać o wszystko.
- Stan pacjenta jest stabilny. Ma połamane żebra, rękę oraz uraz śledziony. Substancje, które mu podano są silnymi narkotykami i to cud, że żyje - poinformował, na co podziękowałem,
Zauważyłem Dean'a, kręcącego się na oddziale, więc pognałem w jego stronę.
- Mogę do nich wejść? - spytałem z nadzieją.
- Teoretycznie nie - odpowiedział nieco ciszej.
- Dean, błagam - wyszeptałem z łzami w oczach. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest po 1 am, więc nie ma wielu pielęgniarek. Możesz wejść, ale na chwilkę i sam - powiedział przez co, miałem ochotę skakać ze szczęścia.
Dean kazał mi ubrać specjalny fartuch, po czym zaprowadził mnie na salę. Gdy zobaczyłem ją podłączoną do tysiąca kabelków, przykrytą białą kołdrą. Spała, ale najważniejsze, że oddychała.
- Masz 3 minuty - mruknął Dean, wychodząc z sali.
Podszedłem do łóżka i złapałem za jej malutką rączkę. Moje łzy kapały na pościel, a odgłosy pikania doprowadzały mnie do szału.
- Lucy, tak bardzo cię przepraszam. Zniszczyłem wszystko, ale ja po prostu nie umiem się odnaleźć w tym. Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę się zakochałem, a ty jesteś wrażliwa. Widzę twoje blizny i jestem zły na siebie, że kilka z nich spowodowałem. Nie pozwolę, by ktokolwiek cię skrzywdził, bo kocham cię całym sercem - szeptałem, patrząc na jej twarz. Łzy spływały po moich policzkach.
Przejechałem delikatnie dłonią po jej włosach, aż poczułem ruch jej palca od dłoni, którą trzymałem.
Uradowany ucałowałem jej policzek, lecz potem zostałem wygoniony z sali. Posłałem Dean'owi wdzięczne spojrzenie, po czym wyszedłem do przyjaciół.
- Byłeś u niej? - zaatakowała mnie Melissa.
- Tak, ruszyła ręką - posłałem jej lekki uśmiech, ocierając łzę. Ta widząc moje zachowanie mocno mnie przytuliła.
- Czyli wszystko z nią dobrze? - usłyszałem głos Nialla.
- Raczej tak.
Widziałem ulgę na ich twarzach.
- Idźcie do domu, ja przy niej będę.
- Nie, chcę tu być, gdy się wybudzi - zaprotestowała blondynka.
- Wybaczcie, ale ja pojadę. Jestem zmęczony i ręka mnie boli - odparł Harry, wstając z krzesełka.
- Dobrze, pa - odpowiedziałem, gdy wychodził z oddziału.
- My też pojedziemy, ogarniemy się i prześpimy. Rano przyjedziemy - rzekł Liam za siebie i Nialla.
Gdy zostałem sam z Melissą, usiedliśmy na ławce.
- Chcesz dropsa? - podała mi opakowanie z cukierkami, wziąłem jednego i wpakowałem do buzi.
- Jestem cholernie zmęczony, idę po kawę. Jaką chcesz? - rzekłem, wstając.
- Espresso.
Podszedłem do automatu, wrzuciłem monety, a po chwili miałem w rękach dwa kubki z kawą. Wróciłem do Melissy, dając jej jeden.
- Ile masz lat? - zapytała po chwili, gdy ja brałem łyk gorącego napoju.
- 21, a ty? - mruknąłem, wyciągając telefon.
- 18, jestem z Lucy w klasie - odpowiedziała spokojnie.
- Mówiła ci kim jestem?
- Nie do końca. Ona nie opowiadała dużo o tobie, ale wiem, że zakochała się - mówiła, a moje serce zaczęło mocniej bić na jej ostatnie słowa.
- Powiem ci, że nie jestem kimś o kim się opowiada - powiedziałem mrużąc oczy.
- Ja też nie, Lucy nie wie o mnie kilku rzeczy - wyszeptała, wbijając wzrok w podłogę.
- Na przykład?
- Uważasz, że tobie powiem? - spojrzała na mnie zdziwiona.
- Nie, ale zawsze warto spróbować - wymamrotałem pod nosem,
- Dzwoniłeś do jej rodziny? - odparła, wyciągając swojego iphone'a.
- Nie, nie jestem pewien, czy ich powiadomić - rzekłem dosyć niepewnie.
- Powinni wiedzieć, to jej jedyna rodzina - próbowała mnie przekonać.
Postanowiłem zadzwonić do kogoś, ale nie miałem numeru, więc zapytałem o to Melissę. Ona podała wpisała mi do Joela, ale nie odbierał. Niestety, przyjaciółka Lucy nie miała telefonu do nikogo innego. Wtedy przypomniało mi się, że w aucie mam torebkę brunetki, a w niej na pewno jest jej iphone z numerem do Olivii.

- Olivia? Tutaj Zayn.
- Coś się stało?
- Tak, tylko spokojnie. Lucy miała...wypadek. Jesteśmy w szpitalu. Miała operację, jest wszystko dobrze.
- Co? Jezus...Jak ona się czuje?
- Teraz śpi, ale już ruszała ręką. Jej stan jest stabilny.
- Już bukuję lot, kurwa, Moja siostrzyczka, powiedz mi wszystko, co wiesz Malik.
- Lucy jest po operacji i śpi. Mówiłem już.
- Cholernie się denerwuję, a najbliższy lot jest za godzinę.
- Olivia, spokojnie. Zaopiekujemy się nią. Jest w najlepszych rękach.
- I tak przylecę, nie ufam ci.
- Dlaczego?
- Myślę, że wiesz i to nie jest rozmowa na telefon. Cześć.
- Pa.

Schowałem telefon do kieszeni, oszołomiony rozmową z siostrą Collins.


- Zayn, stary. Wstawajcie, bo ludzie się patrzą - usłyszałem, gdy ktoś wybudzał mnie z mojego snu.
Ujrzałem Deana tuż nad sobą, leżałem na podłodze pod ścianą, a na mnie Melissa.
- Która godzina? - zapytałem, przecierając oczy.
- 6 rano, wstawaj. I oboje chodźcie ze mną - powiedział nieco ciszej, a blondynka podniosła się z moich kolan, po czym spojrzała na Dean'a.
Podniosłem się i przeciągnąłem, a następnie podążałem za przyjacielem. Weszliśmy do jego gabinetu.
- Tam macie jakieś przybory, odświeżcie się proszę, bo inaczej nie wpuszczę was do nich - rzekł wskazując na duża szafkę w kącie, po czym wyszedł z pokoju.
- Są szczotki i pasty, weź jedną - podałem Mel kubek z przedmiotami.
Umyliśmy zęby oraz ręce, aby następnie ruszyć w stronę sali Lucy i Louisa.
- Wchodzicie pojedynczo - oznajmił Dean, dając mi fartuch.
- Idź - Melissa posłała mi piękny uśmiech, na co jej podziękowałem.
Po cichu wszedłem do sali i zobaczyłem przytomną Lucy, ale pełno kabelków i tak było do niej podłączone. Zbliżyłem się do jej łóżka uprzednio patrząc na Louisa, który spał mając na twarzy maseczkę wspomagającą oddychanie.
- Cześć, Lucy - złapałem jej zimną, bladą rękę przez spojrzała na mnie z łzami w oczach.
- Hej - wyszeptała bardzo słabym głosem, jej oczy obserwowały każdy mój ruch.
- Tak bardzo się martwiłem, ale już jesteś bezpieczna - przejechałem dłonią po jej policzku.
- Zayn...
 - Cichutko, jestem tu. Zawsze będę - szeptałem, powstrzymując się od łez.
Myśl, że mogłem ją stracić zabijała mnie. Nie wytrzymałbym bez tej małej wredoty.
- Gdzie Louis? Gdzie on jest? - zdenerwowała się, błądziła wzrokiem po sali.
- Tam jest - wskazałem na łóżko przyjaciela, który wciąż spał.
- Co z nim?
- Ma złamane żebra, rękę i uraz śledziony, ale jest już dobrze - oznajmiłem z lekkim uśmiechem.
Nagle usłyszałem pukanie, a drzwiach stała Melissa. Lucy również ją zauważyła.
- Zayn, Olivia przyleciała. Jadę odebrać ją z lotniska i przyjedziemy - odparła do mnie. - Hej kochanie, zaraz do ciebie przyjdę.
Lucy pokiwała głową, po czym znów zostaliśmy sami nie licząc innych pacjentów.
- Pamiętasz coś? - spytałem, odgarniając kosmyk jej włosów za ucho.
- Jakby przez mgłę, Keijirō mnie porwał. Dał coś dziwnego i wywiózł, potem widziałam ciebie - wychrypiała, ściskając lekko moją rękę.
- Już go nie ma, Lucy tak bardzo cię ko...
- Byłeś tu całą noc? - przerwała szybko, jakby nie chciała usłyszeć końca.
- Tak. Do 3 razem z Liamem, Harrym, Niallem i Melissą, potem chłopcy poszli - powiedziałem,
ciągle lustrując jej twarz.
- Jedź do domu, zdrzemnij się.
I wtedy do środka wszedł Dean, mówiąc że mój czas się skończył. Ucałowałem Lucy w wierzch dłoni, aby następnie wyjść z sali. Na korytarzu spotkałem Melissą z, jak się domyślam, Olivią.
Była taka podobna do Lucy, ale wyższa. Ubrana w elegancką, ołówkową spódnicę i białą koszulę Burberry spanikowana podeszła do mnie.
- Gdzie ona jest? - warknęła, miażdżąc mnie wzrokiem.
- W sali numer 45, ale chyba tam nie wejdziesz. Najpierw porozmawiajmy - odparłem z małą chrypką.
- Okej, Olivia - podała mi rękę, którą uścisnąłem.
- Zayn, miło cię poznać - rzekłem niesamowicie się denerwując.
- Yhm, wiem w jakie gówno ją wpakowałeś, więc nie udawaj - sarknęła nieco ciszej, po czym wyminęła mnie i weszła do sali.
Stałem tam, jak wryty. Nie spodziewałem się tego. Nie po Olivii.

- Zayn, jedź do domu. Weź jej rzeczy, odśwież się i wróć. My z nią będziemy, ty musisz chwilę odpocząć - uśmiechnęła się przyjaźnie Melissa, którą przytuliłem i ruszyłem w stronę wyjścia.
Nie byłem pewny tego, żeby zostawić Lucy z Olivią. Jednak musiałem się odświeżyć, to dziwne, że nikt nie zauważył tej krwi Japońców na mojej kurtce.
Wsiadłem do auta, aby następnie pojechać do domu. Zajęło mi to 20 minut, przemierzając ulice Londynu dostałem sms od Sarah, iż mnie zabije za to, że nikt jej nie powiedział i właśnie teraz jedzie do szpitala.

____________________________________________________________________
Witajcie :) Na początek chciałam powiedzieć, że dodaję rozdział mimo, iż nie ma 23 komentarzy. Tylko dlatego, że raczej nieprędko dodam następny. Niesamowicie trudno pisało mi się ten, ponieważ chyba wszyscy wiedzą już o Zaynie, a właśnie on występuje tu jako główny bohater i płakałam pisząc sceny z nim. Nie będę tutaj mówić, co o tym myślę, więc przejdźmy do następnej części.
To chyba najdłuższy rozdział Life'a w całej jego historii!
I chyba teraz najważniejsze, zastanawiam się, czy założyć twittera Life'a :) Informowałabym was z tego konta i dodawała spojlery, zdjęcia. Moglibyście zadawać mi pytania, głosujcie w ankiecie po prawej!!
Proszę komentujcie, bo to mega motywacja i szansa na szybszy rozdział ♥♥
20 kom=next

sobota, 7 marca 2015

~.32.~

Wytrwałam prawie tydzień.
Dokładnie 5 dni w domu Zayna. Właściwie to go nie widywałam, rano zawoził mnie Louis. Po szkole starałam się wracać później, ale nie mogłam nawet udać się nigdzie z przyjaciółmi. Muszę być odizolowana od ludzi. Natomiast, gdy już wracałam do domu Zayn gdzieś wybywał i przychodził wieczorami. Ja odrabiałam lekcje, starałam się uczyć. Louis mi dużo pomagał, choć czasem nie rozumiał prostych zadań, więc nieźle się uśmialiśmy.
Dziś jest piątek, a Keijirō wciąż nie zaatakował. Skończyłam lekcje o 3:15 pm i mogę udać się do domu. Wyszłam ze szkoły, ale nigdzie nie widziałam auta Lou. Rozglądałam się, niestety, nie było go. Już chciałam do niego dzwonić, ale poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę i wbija coś w plecy. Odwróciłam się, był tam człowiek Keijirō. Moje serce momentalnie zaczęło bić mocniej.
- Teraz ładnie pójdziesz ze mną do samochodu, albo strzelę - wysyczał mi do ucha, lekko pchając mnie do przodu.
Wiedziałam, że nie ma drogi ucieczki. Jednak, nie mogłam pozwolić się tam zaciągnąć. Chciałam czekać, aż Louis przyjedzie i wtedy go jakoś powstrzyma, ale...
- Twój przyjaciel po ciebie nie przyjedzie, już dawno go zgarnęliśmy - poinformował, gdy zaczęłam się chaotycznie rozglądać.
Postanowiłam się poddać, sama nie byłam w stanie nic zrobić. Szłam powoli, aż zobaczyłam wystający z ziemi kij. Szybko go wyrwałam i mocno uderzyłam mężczyzną, co spowodowało, że ten upadł na chodnik. Biegłam do szkoły, ale nie zdążyłam. Złapał mnie w tali i przerzucił przez ramię, wyrywałam się, ale na marne. Chwilę później zostałam brutalnie wrzucona do bagażnika. Ktoś próbował zawiązać mi oczy, ale się wyrywałam. Krzyczałam, robiłam wszystko, by się wydostać. I wtedy poczułam ukłucie, a coś momentalnie rozlało się po moim ciele. Zrobiłam się senna i wszystko zniknęło.

Ból, ciemność, zmęczenie.
To właśnie czułam, odzyskując przytomność. Najbardziej bolała mnie głowa i przedramię, rozejrzałam się. Okropne, mokre pomieszczenie, kraty. Byłam przywiązana łańcuchami to ściany. Leżałam na brudnym kocu, a wokół mnie nie było nic więcej. Szarpnęłam z całej siły ręką, ale łańcuch był strasznie ciężki. Nieźle to wymyślił...
I nagle pojawił się, Keijirō wraz z swoją ochroną podszedł do krat. Spojrzał na mnie, po czym wybuchnął śmiechem.
- Co księżniczko? Nie tak łatwo - szydził ze mnie.
- Czego ty chcesz? - krzyknęłam, szarpiąc za łańcuchy.
- Wygrałaś ze mną, nikomu się to wcześniej nie udało. Muszę wiedzieć, w jaki sposób oszukiwałaś - powiedział, pocierając podbródek.
- Nie oszukiwałam, nie moja wina, że jesteś cienki - prychnęłam, przewracając oczami.
- Dziwko, myślisz że to zabawa? - wrzasnął, łapiąc za kraty i próbując nimi potrząsać.
- Nie, ja wiem, że to zabawa, którą wygram - rzekłam odważnie, lecz w środku trzęsłam się ze strachu.
- Myślisz, że jesteś taka wygadana? - mruknął Keijirō - Weźcie ją.
Wtedy dwaj mężczyźni weszli do mojej celi, odpięli mnie od łańcuchów i mocno złapali za ręce. Popchnęli mnie do przodu, abym szła przed siebie. Ruszyłam za Keijirō, który krążył brudnymi korytarzami. W końcu zatrzymał się naprzeciwko jednej z cel, była za metalowymi drzwiami, które otworzył, gdy podeszłam. Ujrzałam ciemny pokój, a w nim jedno krzesło. I ktoś na nim. Odwrócił głowę, a ja zamarłam. Krzyknęłam głośno, przykładając ręce do buzi. Łzy lały się po mojej twarzy, nogi zrobiły się, jak z waty. Moje serce biło cholernie mocno, gdy zobaczyłam zmasakrowanego Louisa. Jego twarz była cała we krwi i brudzie, miał podbite oko. Jego ręce przywiązane były do krótkich lin, więc jego ręce wisiały. Ubranie przyjaciela porwane, brudne...
Chciałam do niego podbiec, ale Keijirō mnie zatrzymał.
- Nie tak szybko - wysyczał, zaciskając dłoń na moim ramieniu - Zamknij.
- Co jest? Chcę go zobaczyć! - krzyknęłam, wyrywając się.
- Możesz go uratować, wypuszczę go, ale oddasz mi siebie - rzekł ostro, patrząc na mnie.
- Co to znaczy?
- Będziesz robiła, co ci karzę. Wszystko, co ci karzę. W zamian puszczę go wolno, ale ostrzegam, jak się nie zgodzisz on zginie. Ma podłączone do klatki piersiowej dwa akumulatorki, jak je włączę to porazi go prąd i umrze - mówił, lustrując moją twarz.
Mam mu służyć? A więc tego chce? To chyba najgorsze, co może mnie teraz spotkać, ale muszę uratować Louisa.
- Nie pozwolę na jego śmierć, zgadzam się. Tylko pozwól mi z nim porozmawiać - wyszeptałam po dłuższej chwili, a z moich oczu wypływały gorzkie łzy.
- Idź, masz 5 minut - warknął, pchając mnie do środka.
Podbiegłam do niego, kucnęłam naprzeciwko i ujęłam jego twarz w dłonie.
- Louis, słyszysz mnie? - pytałam zaniepokojona.
- Mhm, Lucy - mruknął, po czym próbował mnie przytulić.
- Słuchaj, bardzo cię kocham. Jesteś najważniejszy i nieważne, co się stanie zapamiętaj, jaka byłam. Obiecaj mi, że nie będziesz się mieszał w nielegalne sprawy, obiecaj - mówiłam dosyć chaotycznie, patrząc w jego oczy.
- O czym ty mówisz? - wybełkotał, był widocznie osłabiony.
- Obiecaj - nakazałam, wciąż na niego patrząc.
- Obiecuję, Lucy.
- Kocham cię, Louis - przytuliłam go mocno, ucałowałam w policzek.
- Wyłaź kurwo - usłyszałam głos Keijirō, wiedziałam, że to ostatni raz widzę Lou.
Jeszcze raz go przytuliłam, po czym podeszłam do tego skurwiela.
- Idziemy, moi koledzy go odwiozą - odparł chamsko, aby następnie pociągnąć mnie za rękę.
Szliśmy tym ohydnym korytarzem, ale ja ciągle odwracałam się do tyłu, lecz zdziwiłam się, gdy pracownicy Keijirō zamiast wypuścić Lou po prostu zamknęli drzwi, zostawiając go w środku.
- Dlaczego oni go nie wypuścili? - spytałam chaotycznie , wciąż oglądając się do tyłu. 

Keijirō milczał, ale ja nie mogłam tak tego zostawić. 
- Keijirō! Dlaczego Louis tam został? - krzyknęłam, zatrzymując się.
- Mała kurwo! Myślałaś, że go wypuszczę? Jesteś taka naiwna - prychnął, a następnie przerzucił mnie przez ramię i szedł coraz szybciej, nie zważając na moje krzyki oraz uderzenia piąstkami o jego plecy. 
Weszliśmy do jakiegoś pokoju, siedziało tam trzech mężczyzn w czarnych ubraniach. Był też duży stół, a na nim kilka walizek. 
Keijirō powiedział coś po japońsku, a jeden z facetów podszedł do mnie i związał mi ręce. Zakleił też buzię, więc nie mogłam się odezwać. Drugi poszedł do mnie ze strzykawką, zaczęłam się szarpać. Niestety, chwilę później poczułam okropny ból. A mój świat był niewyraźny.
- Czemu nie padła? - jakby przez mgłę usłyszałam głos Keijirō. 
Wszystko było takie mozolne i zamazane, nie czułam nóg oraz rąk. Moje myśli latały w rożnych kierunkach.
- Podałem jej środek, który wszystko jej z powolni. Nie ma na nic siły, ciało nie jest w stanie poruszać się bez pomocy - oznajmił mężczyzna, który wstrzyknął mi to cholerstwo. Był Brytyjczykiem, jego akcent go zdradził. 
Prowadzili mnie w nieznaną mi stronę. Dwaj faceci podtrzymywali mnie, a ja z trudem pokonywałam odległości. 
Czułam się okropnie, wycieńczona, śpiąca. Wszyscy rozmawiali po japońsku, więc nic nie rozumiałam. Wyszliśmy na dwór, gdzie stały trzy czarne vany. Dopiero teraz zauważyłam, że znajdowałam się w piwnicach wielkiego domu. Nie wyglądał on strasznie, ale za to zauważyłam, że nie tylko mnie z niego wyprowadzili. Louis. Wyglądał makabrycznie, jego ubrania były upaprane krwią i brudem. A twarz w siniakach. Ledwo trzymał się na nogach. Keijirō wepchnął mnie do samochodu, który po kilku minutach ruszył. Byłam taka senna i zdezorientowana. 
Jechaliśmy dosyć długo, nie miałam pojęcia dokąd. Zaczęłam robić się coraz bardziej senna. 
Nagle samochód zatrzymał się, trochę się podniosłam i wyjrzałam przez okno. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, ale nie znajdowała się ona w Londynie. Czułam się taka słaba, ale nie mogłam zasnąć.
Usłyszałam pisk opon, a chwilę potem strzał. Cały samochód się zatrząsł, a mężczyzna który siedział na miejscu pasażera szybko wysiadł. Niesamowity ból przejął moją głowę. Keijirō otworzył drzwi, wyjął coś spod siedzenia i odszedł.
Nie wiem, ile minęło, gdy poczułam, jak ktoś bierze mnie w swoje ramiona. Niestety, nie byłam w stanie otworzyć oczu. Wszystko kurewsko mnie bolało, byłam taka senna i wyczerpana.
- Już spokojnie, zabiorę cię stąd - usłyszałam delikatny, męski głos. Liam.
Byliśmy na dworze, bo poczułam wiatr. Słyszałam strzały oraz krzyki, próbowałam otworzyć oczy. I udało mi się to dopiero, gdy leżałam już w innym samochodzie. Pierwsze co zobaczyłam to Zayn. Potem totalnie odpłynęłam.

Siedziałem w domu, bezsensownie leżąc na swoim łóżku. Było po 7, a Lucy i Louis jeszcze nie wrócili. Pewnie znowu pojechali na jakieś zakupy. Ta dziewczyna mnie wyniszcza, zakochałem się w niej. Po Perrie myślałem, że uda mi się pokochać go w ten sam sposób. Kobiety były dla mnie, jak zabawki. Pieprzyłem się z nimi i rzucałem. Były jednorazową przygodą, ale odkąd poznałem bliżej Lucy moje życie się zmieniło. Ona wtargnęła do niego, jak burza. Przy niej czuję się zupełnie inaczej. Dlatego poczułem się, jak nic niewarte gówno, gdy powiedziała mi co o mnie myśli. 
Nagle do mojego pokoju wbiegł przestraszony Niall wraz z Liamem.
- Zayn! Keijirō ma Lucy i Louisa! - wrzasnął chaotycznie blondyn.
- Co kurwa? - wymamrotałem przerażony, zrywając się z łóżka.
Szybko zbiegliśmy na dół, gdzie przyjaciele wyjaśnili mi, co dokładnie się stało. Byłem wkurwiony, moja Lucy i najlepszy przyjaciel byli w łapach tego skurwiela. 
Już 15 minut później Liam, jako nasz operator wyszukał, gdzie obecnie znajduje się miłość mojego życia.
Tak cholernie się bałem. 
Podczas jazdy do domku w środku lasu mój telefon zapikał, że Lucy się przemieszcza. Niestety, na chwilę straciliśmy sygnał. Liam robił, co w jego mocy. A Harry, którego zabraliśmy po drodze przygotowywał broń. Po około 20 minutach sygnał wrócił, a my od razu ruszyliśmy za nimi. Chwila zajęła za nim znaleźliśmy ich na stacji benzynowej za Londynem. Postawiłem auto w bezpiecznej odległości, po czym obserwowałem, co się dzieje. Dwóch mężczyzn wyszło, zostawiając w pojeździe Lucy. Otworzyłem okno, wycelowałem i strzeliłem w opony, aby nie mogli wyjechać. Keijirō od razu ruszył w stronę swojego samochodu., aby później zacząć ostrzał. Harry z Niallem wysiedli z auta strzelać z zewnątrz. Ja zostałem w środku, chciałem odciągnąć Keijirō, by Liam mógł wyciągnąć Lucy oraz Louisa. Pociągałem za spust tyle razy, że udało mi się zabić dwóch ludzi mojego wroga. Harry również wycelował w jednego. Został tylko przywódca i trzech gońców. 
Nagle tylne drzwi się otworzyły, a przeze Liam włożył ledwo przytomną, brudną, zakrwawioną Lucy. Moje serce zamarło, wyglądała strasznie. To zmotywowało mnie do większej walki. Strzelałem z zimną krwią, ale Keijirō był sprytny. Postrzelił Harrego w rękę, więc ten wrócił do samochodu. Niall wycelował w dwóch służących, zabił ich. Ja zrobiłem to samo z kolejnym. Został sam. Wsiadł do swojego vana, próbował odjechać. Niestety, lub też na szczęście dla mnie jego koła były przebite, więc nie miał takiej możliwości. Oddałem strzał w beczki z benzyną, a stacja momentalnie stanęła w płomieniach uniemożliwiając Keijirō ucieczkę. Podjechałem tylko do Liama i Nialla, którzy załadowali skatowanego Louisa do środka. On oraz Lucy wyglądali tak okropnie, wymęczeni, brudni, poszarpani. Ona już odpłynęła, on prawie też. Pędziłem do Londynu, do szpitala, w którym pracuje Dean - mój przyjaciel, lekarz. 
- Jak ona się czuje? - zapytałem Liama, który siedział z nią na kolanach.
- Jest nieprzytomna, ale oddycha. Radzę ci się pospieszyć, żeby nie było za późno - odrzekł chaotycznie Liam, co przyprawiło mnie o dreszcze na samą myśl o odejściu Lucy.
Podjechaliśmy na tyły szpitala, gdzie czekał na mnie Dean z kilkoma kolegami i noszami. 
- Lepiej, żeby to było ważne, bo mogę stracić pracę - wymamrotał, gdy do niego podszedłem.
- Jest cholernie ważne - odparłem, patrząc na Lucy, którą właśnie układali na noszach.
Szliśmy na salę, a ja cały czas ściskałem małą rękę brunetki. 
- Zayn, dalej nie możesz wejść. Zabierzemy ich na badania, wszystko będzie dobrze - powiedział Dean zostawiając mnie przed wielkimi drzwiami do sali badań. 
Usiadłem razem z Niallem, Liamem i Harrym na plastikowych krzesełkach. Teraz zostało tylko czekać...
___________________________________________________
Witam was po 32 rozdziale, który jest dosyć smutny. Nie wiem, czy wam się spodobał...Przepraszam, że znowu tak późno, ale mam pewne problemy nie tylko z nauką. Nie wiem, jak to teraz będzie. 

Założyłam nowe ff pt. "My Manager's Son" z Jai'em Brooksem. Mam nadzieję, że ktoś z was wpadnie zobaczyć :) 
Kocham was ♥♥
23 kom=next

sobota, 7 lutego 2015

~.31.~

Bardzo ważna notka pod rozdziałem!!

Następnego ranka szybko wstałam, ogarnęłam się i zjadłam śniadanie w pięknej kuchni Zayna. On wciąż spał, a ja postanowiłam go nie budzić, więc wyszłam z domu Malika zostawiając mu jedynie kartkę, że wszystko dobrze i opuściłam jego mieszkanie, gdy spał. Wyjęłam telefon, aby sprawdzić najbliższy autobus lub metro, ale jak się okazało najbliższy bus będzie za 25 minut. Niestety, okolica domu Zayna nie ma ciekawych sklepów, ani tym podobnych. Są tu tylko ogromne, bogate domy, więc nawet nie miałam, gdzie się udać, by poczekać. Postanowiłam, że pójdę pieszo w stronę centrum, a stamtąd znajdę transport. Szłam dosyć szybkim krokiem, ale wiatr i tak otulał moje zimne policzki. Jest koniec września, więc lato już dawno zniknęło. Teraz pojawiły się częstsze opady, dużo liści spadających z drzew, nieprzyjemna pogoda krócej mówiąc.
Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam podejrzane, czarne, wielkie auto. Przyśpieszyłam, przełykając nerwowo ślinę. Teraz wiem, że Keijirō  jest w stanie mi coś zrobić, dlatego boję się dosłownie wszystkiego.
Gdy zauważyłam, że auto jedzie za mną, postanowiłam zadzwonić do Louisa.
- Halo, księżniczko.
- Louis, gdzie jesteś?
- Jadę do Zayna, a co?
- Ktoś mnie śledzi, jestem tego pewna.
Obróciłam się ponownie, auto wciąż tam było i jechało za mną bardzo powolutku.
- Kto? Gdzie jesteś?
- Niedaleko domu Zayna, jest tu jakiś sklep spożywczy.
- Wejdź do sklepu, zadzwonię jak będę. Nie ruszaj się stamtąd.
Tak jak mi kazał weszłam do ulicznego sklepiku z prowiantem i udawałam, że chcę coś kupić. Próbowałam wyjrzeć, czy samochód dalej tam stoi. Niestety, czekał przed sklepem. Byłam przerażona, Keijirō się dopiero rozkręcał.
Po chwili Louis wysłał mi sms, że czeka na mnie przed sklepem. Wyszłam, jak gdyby nigdy nic i wsiadłam do pojazdu.
- Gdzie jest ten chuj? - zapytał oschle, rozglądając się.
- Czarny van.
Louis szybko wyjechał z miejsca parkingowego i ruszył przed siebie. Samochód od razu pojechał za nami.
- Co teraz? - rzekłam trochę grubiańsko.
- Zadzwonię do Zayna - powiedział, wyjmując już swojego nowego iphone'a 6.
- Daj na głośnik - poprosiłam szybko, przygryzając wargę.
- Zayn, to Louis. Jest ze mną Lucy.
- Wszystko dobrze?
- Nie do końca, ludzie Keijirō nas śledzą.
- Kurwa, nie jeźdźcie do niczyjego domu. Najlepsze będzie miejsce publiczne, galeria. Tam się spotkamy, Westfield przy Ispocie.

Siedziałam od dwudziestu minut na ławce w Westfield, Louis poszedł po frytki do Mc'donalds. Nagle mój telefon zadźwięczał, wyjęłam go z torebki i zobaczyłam kilka nieodebranych połączeń oraz sms'ów.

Fabio
>Tęsknię za tobą ;c Oddzwoń <

Lucy
>Jestem teraz trochę zajęta, zadzwonię później<

Olivia
>Możesz być dzisiaj na skype o 7 pm twojego czasu?<

Lucy 
>Tak, będę ♥<

Nie mogłam teraz z nimi rozmawiać, ktoś się na mnie czaił. Czuję, że Keijirō się dopiero rozkręca. Ma coś na mnie, ale najbardziej boję się o rodzinę. Olivia, Dereck, Joel, Devonne i Dianka. Jestem pewna, że wkrótce do nich dotrze i będzie próbował zrobić im krzywdę.
Po chwili Louis wrócił, a ja wciąż widziałam skośnookich mężczyzn w garniturach kręcących się w okół nas.
Wzięłam od przyjaciela opakowanie frytek i zaczęłam pakować je do buzi.
- Co teraz? - zapytałam z pełnymi ustami.
- Teraz czekamy na Zayna, on powie, co dalej - wyszeptał mi do ucha, udając, że całuje mnie w policzek dla zmyłki.
Wzięłam głęboki oddech i ponownie zabrałam się za jedzenie. Wyjęłam swój telefon, by po raz kolejny sprawdzić godzinę. 2:45 pm. Zayn miał tu być 10 minut temu.
I wtedy nagle pojawił się z rękami w piąstki i wściekłą miną.
- Obserwują nas ze wszystkich stron, teraz przejdziemy do samochodów i spierdalamy stąd - wymamrotał Zayn siadając obok nas i , żeby nie zwracać na siebie uwagi udawał, że robi coś na telefonie.
Wtem ruszyliśmy w stronę wyjścia na parking. Szłam tuż obok Zayna, a za mną Louis. Gdy byliśmy blisko samochodów, czułam się bezpieczniej.
Wsiadłam do pojazdu Zayna, zapinając pas i czekając, aż wreszcie odjedziemy.
- Po cholerę tu przyjeżdżaliśmy? - warknęłam do niego, gdy wyjeżdżaliśmy.
- Abyś żyła, jeśli pojechałabyś do domu z Louisem to pozabijaliby was i nikt by o tym nie wiedział. W miejscu publicznym nie zaatakuje, więc byłaś bezpieczna. Teraz musimy jakoś ich zgubić - powiedział spokojnie, skupiając się na drodze,
Widziałam, jak Zayn przyśpiesza, a to auto z ludźmi Keijirō tuż za nami. Zaczęłam domyślać się, że zaraz rozpocznie się tu wyścig. Tylko, iż ten będzie po śmierć i życie.
Jechaliśmy tak szybko, aż w końcu któreś z nas musiało zginąć. Zayn pędził niebywale, czułam adrenalinę. Zaczęłam krzyczeć, gdy wóz Keijirō kołował. On tak po prostu przewracał się, zaczął palić. To było straszne, tam siedzieli ludzie! Jednak nie mogłam pozwolić, by zrobili cokolwiek mi i moim bliskim.
- Myślę, że powinnaś na jakiś czas zamieszkać u mnie - mruknął po chwili, a ja zesztywniałam.
- Zayn, rozumiem to wszystko, ale to chyba za wcześnie - wyszeptałam całkowicie speszona i czerwona, jak burak.
- Chcę, żebyś była bezpieczna. U Sarah nie jesteś, nie poradziłybyście sobie.
- No dobrze, ale tylko na tydzień.

Weszłam po schodach na górę i otworzyłam drzwi do pokoju gościnnego. W sumie pierwszy raz miałam tu spać, ale mimo to czułam się tu normalnie.
Położyłam torbę na podłodze, a rzuciwszy się na łóżko zamknęłam oczy. Próbowałam odpocząć, ale nie było mi to pisane, bo chwilę później zjawił się Louis oznajmiając, że muszę zejść na dół.
Chwilę potem siedzieliśmy wszyscy przy stole ze stosem papierów i butelkami piwa.
- Co wiemy?
- Keijirō czai się na Lucy, bo wygrała, więc pewnie będzie chciał zrobić jej krzywdę. Obawiam się, że zacznie od zastraszania i śledzenia, tak jak już robi - mówił Malik, przeglądając kilka kartek,
- Ja bym zabezpieczył jej rodzinę - wtrącił Louis, biorąc łyk piwa.
- Trzeba zadzwonić do nich, by szybko wyjechali gdzieś - rzekł Zayn, patrząc głównie na mnie.
- Ale co mam im powiedzieć? Wplątałam się w bagno i jesteście w niebezpieczeństwie, powinniście gdzieś wyjechać, jeśli chcecie żyć? - prychnęłam sarkastycznie, upijając łyk.
- Nie, oczywiście że nie. Coś wymyślisz, na którą masz jutro do szkoły? - odparł, przeczesując ręką włosy.
- Na 8 am, a co?
- Zawiozę cię, a potem odbiorę. Będziemy musieli spotkać się z Keijirō - oznajmił, pijąc swoje piwo, co wyglądało niesamowicie seksownie.
- Najpierw ją przeszkol - dodał Louis, pokazując na mnie pustą butelką.
- Dobrze, jutro cię odbiorę i pojedziemy - wymamrotał niechętnie, zbierając wszystkie papiery.

- Cześć, co tam u was? - powiedziałam z uśmiechem, patrząc na swoją siostrę i jej narzeczonego w ekranie mojego komputera.
- Hej, u nas po staremu. Co u ciebie? - Olivia odpowiedziała radośnie, łapiąc Derecka za rękę.
- No właśnie...Tak jakby mieszkam teraz u Zayna - wyszeptałam nerwowo, drapiąc się po głowie.
- Jak to? Przecież on cię okłamał.
- To długa historia, ale z nim jestem bezpieczna. Wy też musicie być, nie mogę wam niczego powiedzieć, ale proszę ty i Dereck wyjedźcie gdzieś daleko Nowego Yorku - z ogromnym trudem było mi mówić każde, choćby najmniej znaczące słówko.
- Dlaczego? Coś się stało? - pytała zaniepokojona, a ja czułam jak łzy spływają po moim policzku.
- Nie, po prostu proszę pojedźcie na takie małe wakacje. Na tydzień i nie pytajcie o nic, kiedyś wam wszystko wytłumaczę. Jeśli będzie to ogromny problem to postaram się załatwić pieniądze - szeptałam to kamery, ocierając łzy.
- Nie, poradzimy sobie. Tylko powiedz, co się dzieje! Lucy! - mówiła chaotycznie.
- Naprawdę nie mogę, jestem bezpieczna. Muszę kończyć - łkałam, płacz przejął mnie całkowicie.
Zamknęłam laptopa i spojrzałam na Louisa, który własnie wszedł do salonu z drinkiem w ręce.
- Ej, księżniczko! Co się stało? - pytał przejęty, klękając przy mnie.
- Nic, muszę chwilę pobyć sama - jęknęłam, biegnąc na górę.
Zamknęłam się w swoim pokoju, wyszłam na balkon i opierając się o barierkę patrzyłam na krajobraz lasów rozciągający się wzdłuż jakiejś małej rzeczki. Wplątałam się w takie bagno, że trudno mi będzie z niego wyjść. Keijirō tylko czeka, żeby mnie zabić. A do tego nie mam pojęcia, gdzie Zayn schował jego pieniądze.
Była końcówka września, więc na dworze wiał wiatr i chłód. Stałam w samej bluzie, a potrzebna by mi była jeszcze kurtka. Muszę się z tego uwolnić, gdy ta cała sprawa z Keijirō się wyjaśni. Znajdę pracę, wynajmę mieszkanie i zapomnę o tej bandzie łgarzy.
Nagle poczułam czyjeś ręce na moich biodrach, odwróciłam się i zobaczyłam Zayna. Natychmiast się odsunęłam.
- Co się stało? - zapytał troskliwym głosem, łapiąc mnie za rękę, którą szybko wyrwałam.
Momentalnie mój wzrok skupił się na podłodze.
- Zayn popełniliśmy błąd, ja go popełniłam. Ta noc, nie powinnam z tobą spać. Ja nie zapomniałam o tym, co mi zrobiłeś. Zamieszkałam tu tylko dla bezpieczeństwa, więc nie zapędzaj się. Między nami nic nie ma, zapomnij o wszystkim, co było. Gdy rozwiążemy te sprawę z Keijirō zniknę z twojego życia - mówiłam spokojnie, denerwowałam się jego reakcją.
On po prostu stał z rękoma w kieszeniach spodni, patrzył na mnie, ale z jego oczu nie dało się nic wyczytać, więc wróciłam do pokoju i usiadłam na łóżku. Chwilę później Zayn z łzami w oczach szybko opuścił pomieszczenie, trzaskając drzwiami. Momentalnie zaczęłam płakać, chyba za ostro go potraktowałam. Sama już nie wiem, co robię ze swoim życiem. Spieprzyłam je sobie.
Leżałam na łóżku, ciężko szlochając w poduszkę. Wtedy przypomniało mi się, że zostawiłam laptopa na dole. Zbiegłam po schodach do salonu, gdzie siedział Louis oglądając mecz LA Lakers'ów.
- Idziesz już spać? - spytał nawet na mnie nie patrząc.
- Tak, ty też już idź. Dobranoc, Lou - powiedziałam spokojnie, po czym wróciłam na górę.
Już chciałam wchodzić do pokoju, gdy usłyszałam gorzki płacz. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Zayn tak mocno płakał. To było straszne, czułam jak moje nogi robią się miękkie. Już miałam upaść na ziemię, lecz złapałam się klamki, która otworzyła drzwi, a ja wpadłam do pokoju. Oparłam się o framugę, słuchając strasznego płaczu Zayna. Czułam się okropnie, nie byłam w stanie się ruszać. Dopiero kroki Louisa zmotywowały mnie do schowania się. Wyciągnęłam z torby piżamę i kosmetyczkę, po czym udałam się do łazienki. Szybko umyłam zęby, zmyłam makijaż oraz wzięłam odprężającą kąpiel.

Następnego ranka, obudził mnie Louis, mówiąc że czas do szkoły. Wyzwałam go pod nosem, po czym wygramoliłam się z łóżka i podeszłam do krzesła, na której leżała moja torba. Wyjęłam z niej czyste ubrania, pognałam do łazienki. Umyłam zęby, zrobiłam makijaż i ubrałam się. Włosy rozczesałam, zostawiając je rozpuszczone. Do torby spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, a następnie zbiegłam na dół. Louis siedział przy stole i jadł kanapkę, zajęłam miejsce obok niego oraz wzięłam się swoje śniadanie.
- Idziemy? Zaraz się spóźnisz - powiedział Lou, wkładając brudne talerze do zlewu.
Pokiwałam tylko głową i ruszyłam do przed pokoju, gdzie ubrałam buty i czarny, zamszowy płaszcz.
Udaliśmy się na dwór, gdzie stało auto mojego przyjaciela. Wsiedliśmy do środka, po czym Lou zapalił silnik, aby odjechać w stronę bramy.
- Cholera, zapomniałam zrobić wypracowanie na historię - pisnęłam, przypominając sobie o zaległościach.
- Co teraz?
- Nic, dostanę jedynkę i napiszę na jutro - wymamrotałam obojętnie, opierając głowę o szybę.
Zatrzymaliśmy się pod szkołą, a ja odpięłam pas.
- Pa - odparłam, całując Lou w policzek.
Wysiadłam z auta i pognałam w stronę szkoły. Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka mojego telefonu, wyjęłam go, odebrałam.
- Ciao Bella.
- Fabio, cześć.
- Co tam u ciebie?
- Fabio, jest taka sprawa. Nie dzwoń do mnie przez najbliższy tydzień, wszystko ci potem wytłumaczę.
- Ale, Lucy...
- Nie! Muszę już kończyć, idę do szkoły. Nie dzwoń, dopóki ja nie zadzwonię.
Rozłączyłam się i schowałam urządzenie do kieszeni, weszłam do szkoły. Było już po dzwonku, a ja właśnie miałam historię. Otworzyłam drzwi od klasy, a nauczyciel zmroził mnie wzrokiem.
- Przepraszam za spóźnienie, panie Clark - mruknęłam, idąc na swoje miejsce.
- Lucy, proszę oddaj mi swoje wypracowanie - rzekł srogo, patrząc w dziennik.
- Nie mam go - wymamrotałam, zakrywając twarz włosami.
- Słucham? Coś niedobrego się z tobą dzieje, najpierw spóźnienie teraz brak pracy. Na przerwie pójdziemy to dyrektora - mówił zdenerwowany.

Lekcja minęła bardzo szybko, a ja cholernie się denerwowałam spotkaniem z dyrektorem. Pan Clark od razu zaprowadził mnie do jego gabinetu, ale musiałam chwilę czekać. Zaciskałam ręce w piąstki, siedząc na ławce. Aż wyszedł dyrektor i razem z nauczycielem weszłam do środka. Dyrektor okrążył swoje biurko, zajął swoje krzesło.
- Dyrektorze, Lucy spóźniła się na lekcje i nie miała zadania domowego, to się nigdy nie zdarzało. A ostatnio jakoś zbyt często, zwłaszcza spóźnienia - opowiadał Clark, a ja patrzyłam w podłogę.
- Dobrze, panie Clark. Porozmawiam z nią, proszę iść na lekcje.
Nauczyciel opuścił pomieszczenia, a ja wzięłam głęboki wdech.
- Co się dzieje, panno Colins? - zapytał, patrząc na mnie.
- Nic, po prostu zaspałam. A o pracy zapomniałam - to nie było zbyt przekonujące.
- Chyba będę musiał zadzwonić do twoich opiekunów - wypuścił powietrze z ust, biorąc telefon do ręki.
- Obecnie ich nie mam - wyszeptałam, odwracając od niego wzrok.
- No tak, to pod czyim dachem mieszkasz? - spytał, drapiąc się po głowie.
Co mu miałam powiedzieć? Że mieszkam u kryminalisty? Postanowiłam podać numer Louisa, on pierwszy przyszedł mi do głowy.
- U przyjaciela, wpiszę jego numer - odparłam, biorąc telefon i wystukując cyferki.
Słyszałam rozmowę, dyrektor poinformował Lou, że musi zjawić się w szkole.
- Twój przyjaciel powiedział, że obecnie nie może, ale przyśle kogoś w zastępstwo - usłyszałam w końcu. - Idź na lekcje, jak ktoś przyjedzie to cię zawołam.
Wstałam z krzesła i udałam się do sali od matematyki. Matko święta...Co to za szkoła? Spóźniłam się tylko kilka razy, a pracy nie miałam 5 razy.

Siedziałam na angielskim, kiedy do klasy wszedł dyrektor i oznajmił, że muszę z nim pójść. Weszliśmy do jego gabinetu, a tam zobaczyłam Zayna. Myślałam, że krew mnie zaleje. Dlaczego on? Dlaczego nie Liam lub Sarah? Ktokolwiek inny...
- Rozmawiałem z panem Malikiem i powiedział, że to się więcej nie powtórzy. Lecz czy ty też tego dopilnujesz? - rzekł dyrektor, siadając za biurkiem.
- Tak, mogę już iść? - warknęłam, ściskając pasek torby.
- Lucy, to nie może się powtórzyć - zastrzegł, patrząc na mnie groźnie.
- Dobrze, przepraszam.
Wyszłam z pomieszczenia, a po krokach wywnioskowałam, że Zayn też.
- Lucy, musisz się skupić na szkole...
- Niby jak? Prześladuje mi jakiś psychol, mieszkam u kryminalisty i chcą mnie zabić! Jak mam się skupić na pieprzonej szkole - wykrzyczałam, rozkładając ręce.
- Aha, zajebiste masz o mnie zdanie - mruknął, po czym ruszył w kierunku wyjścia.
Taka jest prawda, chłopie! Zayn nie jest bezpiecznym chłopakiem, jeśli ktoś by sypnął policji o wyścigach już by siedział w pace. Do tego to przez niego chcą mnie zabić. Nie będę mieć o nim dobrego zdania, bo sam mi tego nie ułatwia.
Wróciłam na lekcje, ale do końca dnia nie potrafiłam się skupić. Zbyt dużo się teraz dzieje...
_______________________________________________________
Witam was moje mordki :) Wiem, wiem znowu dłuuuuga przerwa. Ja po prostu ciągle mam zawalone szkołą, do tego przez pewien czas miałam taką jakby załamkę. Chciałam zakończyć bloga, bo a) nie miałam weny, po prostu siedziałam przed komputerem i nie mogłam skleić ładnie zdania, b) nie miałam czasu, ciągle gdzieś latałam, c) ten blog się nie rozwija, ja widzę że te komentarze z anonima w większości są od ludzi, którzy mają konta, ale komentują podwójnie, żebym dodała rozdział. Nie chcę, żeby tak było. Według ankiety jest was 35 chyba, a uczciwie komentuje jakieś 15. Chciałbym, aby to ff się rozwijało, ale niestety się nie da ;c W ostatniej chwili zdecydowałam, że jednak będę pisać Life'a, ale zwiększam limit. Kocham was bardzo ♥♥ Zapraszam: What If I'm Gone? 
Mam prośbę, piszcie wasze parringi lub własne dokończenie historii, a może się czym zasugeruję ;) 
I uwaga najważniejsze!!! Jeśli ktoś z was ma na tt follow od kogoś z Janoskians to błagam wyślijcie mnie (@yolobitch1988) na dm ♥♥ To moje marzenie!! Jeśli ktoś mi pomoże to będę wysyłała mu rozdziały wcześniej, błagam was ☺☺ + Chciałabym założyć ff z Jai'em z Jano, czytałby ktoś? :) ily xx.
25kom=next




sobota, 24 stycznia 2015

~.30.~


- Więc naprawdę poznałeś swoją żonę u fryzjera? - wybuchnęłam śmiechem, biorąc kolejnego łyka kawy.
- Tak, oboje czytaliśmy komiks siedząc na fotelu - powiedział Andrew, po czym ugryzł kawałek ciastka.
Już od godziny siedzę z Andrew w kawiarni i rozmawiamy o wszystkim możliwym. Dowiedziałam się, że mój kolega od 3 lat ma żonę, pracuje w szpitalu jako pediatra i mieszka na Stanwell. Miło spędza się z nim czas, myślę że odnowimy naszą relację.
- Dobra kochana, ja uciekam. Miło było cię znów spotkać, pa - rzekł po chwili, wstając i zakładając kurtkę.
Pożegnałam się z nim, po czym sama opuściłam kawiarnię. Szłam wzdłuż chodnika zastanawiając się, co mogę ze sobą zrobić. Jest sobota, od rozpoczęcia roku minęły trzy tygodnie, a ja już mam napisać referat na historię. Nie mam w ogóle pomysłu, jak go zacząć, więc po prostu staram się najdłużej spędzić czas w mieście, jakby to miało mi pomóc.
Nagle usłyszałam czyjeś nawoływanie, odwróciłam się i ujrzałam Louisa. Biegł w moją stronę, w ręce trzymał jakąś teczkę. Czekałam, aż wreszcie znajdzie się blisko mnie.
- Lucy, błagam musisz nam pomóc! - odparł zdyszany, podpierając się dłońmi o kolana.
- Ciebie też miło widzieć, co chcesz? - mruknęłam niezadowolona, dziś był dzień rozpoczynający pewien czas w miesiącu, że mój humor się często zmieniał.
Louis rozejrzał się, po czym pociągnął mnie w stronę jakiejś ślepej uliczki. Gdy znaleźliśmy się w dość pustym miejscu, mój przyjaciel zaczął mówić.
- Szukałem cię w całym mieście, odbieraj ten jebany telefon małpo! - wymamrotał lekko wnerwiony, po czym wybuchł śmiechem.
- Louis do rzeczy - warknęłam, teatralnie przewracając oczami.
- Mamy kłopoty, Keijirō domaga się powtórki walki inaczej będą konsekwencje. On płacił za te wyścigi wielkie pieniądze i albo ktoś od nas wystartuje, albo nas zabiją - mówił przejęty, patrząc mi w oczy.
- To pojedźcie w tym wyścigu i tyle - burknęłam, zakładając ręce pod biustem. Nie rozumiałam ich problemu.
- Właśnie chodzi o to, że do każdego etapu jest przypisana jedna osoba, która może pojechać. W finałowym jesteś ty, dlatego jeśli choć trochę mnie lubisz to zgódź się. Wiem, że proszę o dużo, ale staram się chronić nas wszystkich - wyszeptał, łapiąc mnie za rękę.
- Robię to tylko dla ciebie...

Siedziałam w aucie, ubrana w czarne rurki, bokserkę w tym samym kolorze i skórę oraz buty, które cholernie mi się podobały. W okół zbierali się ludzie, Keijirō był w samochodzie tuż obok mnie. Cholernie się stresowałam, bo jeśli nie wygram to chłopcy będę musieli im dać 20 milionów funtów!
Byli tu prawie wszyscy; Sarah, Louis, Harry, Rachel, Liam i Niall...Wspierali mnie, dodawali otuchy. Louis nie był zachwycony pomysłem narażania mnie, ale inaczej zabili by go i całą tę chorą bandę. Co prawda on gotowy był zginąć za mnie, ale reszta woli troszczyć się tylko o swoją dupę. Jednak postanowiłam zrobić to dla Louisa, trochę dla Liama. Nikogo więcej!
I siedząc w aucie, które należało do Zayna - zdałam sobie sprawę, że to jego brakuje mi najbardziej. Jako jedyny nie zjawił się na wyścigu...Tak bardzo chciałabym go chociaż zobaczyć przed tą masakrą, niestety, nie uda mi się to.
Podszedł do mnie Louis, który oparł się o samochód i pił wodę, która należała do mnie.
- Może byś mi dał tę wodę, a nie sam wytrąbił całą butelkę? - powiedziałam, chcąc dokopać przyjacielowi. Oczywiście żartowałam...
- Nie, bo jeszcze się opijesz i ci się siku zachce, a znając baby stanęłabyś nawet na środku toru, by załatwić potrzebę - wystawił mi język, po czym wziął kolejnego łyka.
Prychnęłam pod nosem jakieś niezrozumiałe obelgi wobec Lou, a następnie wzięłam głębokie oddechy.
- Kochanie, zaraz zaczynasz. Wierzę w ciebie, nieważne co się stanie będę z ciebie dumny. Znasz wszystkie chwyty, więc poradzisz sobie. Dla mnie i tak to chuj znaczy, ale pamiętaj, że dzięki temu nas uratujesz - mówił przejęty, po czym obdarował mnie pocałunkiem w policzek.
Wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na jeździe. Spojrzałam w stronę Keijirō, który obwieszony kobietami palił skręta.
- Powodzenia, mała - mruknął z kpiną i wyższością w głosie, wypuszczając kłąb dymu z ust.
W tym momencie zapaliło się zielone światło, a ja ruszyłam z piskiem opon. Musiałam wygrać dla Louisa...i Zayna. Mimo, iż raczył pojawić się tutaj, by widzieć, jak ratuję mu dupę.
Obrałam pierwszy zakręt, ale Keijirō wciąż prowadził. Starałam się, jak mogłam. Zaciskałam zęby, przyciskałam pedał gazu i wymijałam różne przeszkody. Licznik wybijał niebotycznie wielkie liczby, co oznaczało, że poruszam się z niebywałą prędkością. I gdy w koń
cu udało mi się objąć prowadzenie, robiłam wszystko, by go nie stracić. Czułam w sobie coś dziwnego, jakby zastrzyk energii, adrenaliny. Wiedziałam, że muszę to wygrać. I mimo komplikacji, które powodował Keijirō dojechałam do mety, jako pierwsza. Sama nie mogłam w to uwierzyć, siedziałam chwilę w aucie próbując oswoić się z myślą, że właśnie wygrałam wyścig z najlepszym na świecie. Ja, zwykły szaraczek...
Wysiadłam z auta, od razu padając w ramiona przyjaciół. Wszyscy mi gratulowali, ale ja nie mogłam myśleć o niczym innym, niż to, że zrobiłam rzecz prawie niemożliwą. Usłyszałam głośny, męski krzyk, a już chwilę później Keijirō stał tuż przede mną.
- Mała suko! To jest niemożliwe, zabiję cię! To jeszcze nie koniec - wrzeszczał, stojąc tak blisko mnie, że czułam na sobie jego drżący głos.
Opierałam się o samochód, a z braku przestrzeni nie miałam, jak się ruszyć. Keijirō krzyczał na mnie, wyzywał, ale nie obchodziło mnie jego zdanie. Do momentu, gdy wyciągnął pistolet. Pisnęłam z przerażenia, wycelował go prosto we mnie. I wtedy pojawił się Zayn, przystawił Keijirō broń do głowy, stał dokładnie za nim.
- Strzel w nią, to ja strzelę w ciebie - warknął Malik, przeładowując magazynek.
- Teraz tak pogrywasz Malik - prychnął, oblizując usta. Schował pistolet, po czym odwrócił się do Zayna. - Dobrze, ale to jeszcze nie koniec.
Splunął na ziemię, a następnie odszedł. Wzięłam głęboki oddech, rzucając się na Zayna. Tak dobrze czułam się w jego uścisku, ale potrzebowałam zostać z nim sama. Bez nikogo innego, tylko on i ja...
- Tak bardzo mi ciebie brakuje - wyszeptałam, a pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.
- Kocham cię.
Wystarczyły te dwa słowa, abym całkowicie się popłakała. Chciałam go pocałować, ale nie przy wszystkich. Musimy się stąd wydostać! I nagle zostałam odciągnięta od Mulata, aby stanąć na podium, gdzie wręczono mi puchar, z którego miałam się tylko napić. Zrobiłam to, aby następnie zejść z podestu i udać się z przyjaciółmi na parking. Tam wysłannik mojego przeciwnika podał mi torbę z pieniędzmi. Zdecydowaliśmy, że imprezę zrobimy jutro, a dziś pojadę do domu odpocząć. Wsiadłam do nowego Range Rovera mojego...Zayna i ruszyliśmy.
- Ten jest lepszy - rzekłam po chwili.
- Słucham?
- Range Rover jest lepszy od BMW - wyjaśniłam cicho.
- Też tak uważam - mruknął, przygryzając wargę.
- Zayn, mogę dziś spać u ciebie? - spytałam niepewnie, bawiąc się palcami.
- Jasne, napisz tylko do Louisa - powiedział, a ja wyjęłam telefon z torebki.
Wysłałam mu sms, że jadę do Zayna, na co odpowiedział, że mam uważać i bawić się dobrze. Schowałam urządzenie ponownie do torby, po czym skupiłam się na drodze.
- Byłeś tam cały czas? - zapytałam po chwili, aby przerwać ciszę panującą między nami.
- Na wyścigu? Tak, stałem w takim miejscu, że byś mnie nie zauważyła, ale widziałem wszystko - odparł odchrząkując.
Nie odezwałam się więcej, myślałam o tej sytuacji między nami. Oboje wiemy, że czujemy coś do siebie, ale nie potrafimy sobie tego okazać. Owszem, Zayn wyznał mi swoje uczucia i widzę, że naprawdę mu na mnie zależy, ale to nie zmienia faktu, że zrobił coś okropnego - wykorzystał mnie.
Zatrzymaliśmy się w garażu, wysiadłam ostrożnie i ruszyłam do wejścia. Drzwi w garażu otworzył mi Zayn, udałam się do kuchni. Wyciągnęłam butelkę wina z lodówki, a z szafki dwa kieliszki. Malik otworzył napój, po czym nalał go do naczyń.
- To za moje zwycięstwo - powiedziałam, stukając swoim kieliszkiem o kieliszek Zayna.
Oboje wzięliśmy dosyć spory łyk, po czym Zayn złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie i namiętnie pocałował. Tak bardzo mi tego brakowało, to uczucie, gdy nasze języki toczą ze sobą walkę. Jego dotyk...
Jego ręce błądziły po moich ciele, aż dotarły do bioder. Zayn posadził mnie na blacie, całował coraz zachłanniej. Czułam ten przyjemny prąd w swoim ciele. Zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku sypialni, dłonie chłopaka delikatnie wsunęły się pod moją bluzkę, przez co zadrżałam. Powodując tym samym zadziorny uśmiech na twarzy Zayna, który chwilę później wziął w zęby moją wargę i lekko ja pociągnął. Kilka razy się potknęliśmy, ale w końcu udało nam się dotrzeć do sypialni. Zayn kopnął w drzwi, po czym razem opadliśmy na łóżko. Mulat zdjął moją kurtkę, rzucając ją na ziemię. Ja nie byłam mu dłużna, więc szybko zrzuciłam z niego koszulkę. Błądziłam dłońmi po idealnym ciele chłopaka, jednocześnie rozpływając się pod jego dotykiem. Zayn zaczął odpinać moje spodnie, gdy poczułam pewną blokadę. Gdy natomiast znalazły się one na podłodze, zacisnęłam nogi nie pozwalając mu działać.
- Wszystko w porządku? - zapytał ochrypłym głosem, patrząc mi prosto w oczy.
- Ja...Myślę, że to za szybko - wyszeptałam, unikając z nim kontaktu wzrokowego.
- Dobrze, rozumiem - założył kosmyk włosów za moje ucho. - Idź się umyć, możesz wziąć moją koszulkę do spania.
Posłałam mu słaby uśmiech, po czym ruszyłam do garderoby po za duży, biały tshirt Malika. Weszłam do łazienki, gdzie z szafki wyjęłam czystą szczoteczkę jednorazową i umyłam nią zęby. Następnie wzięłam odprężający prysznic, który zmył ze mnie cały brud. Otarłam się ręcznikiem i przebrałam w tymczasową piżamę. Wróciłam do łóżka, a tymczasem to Zayn poszedł się umyć. Zasypiałam, myśląc o naszej relacji. To chyba najbardziej skomplikowany związek na świecie, z resztą nie wiem, czy można to nazwać "związkiem". Raz na siebie krzyczy, potem całujemy...A teraz Zayn położył się obok, obejmując mnie ręką w talii.

Przebudziłam się w środku nocy przez czyiś głos. Przetarłam oczy i zobaczyłam, że Zayn zamiast spać rozmawia przez telefon na korytarzu. Wstałam z łóżka, słysząc rozmowę.
- Zbyt łatwo dali tę kasę, coś mi tu nie gra. Keijirō się nie poddaje, on coś planuje.
- Wiem, Louis. Też tak uważam.
Oparłam się o futrynę drzwi i przysłuchiwałam się.
- Zayn, myślałam że to wszystko się już skończyło - powiedziałam w końcu.
- Nie, Lucy. To się dopiero zaczęło...

_____________________________________________________________
Przepraszam, przepraszam, przepraszam...Zawaliłam sprawę ;c Dodaję rozdział po ponad dwóch tygodniach O.o Ale, niestety, szkoła robi swoje i w poprzednie weekendy musiałam zakuwać całe dnie :( Na szczęście (lub też niestety) jestem chora i zamiast jechać dziś z rodzicami na narty - siedzę w domu i piszę dla was rozdziały :)
Sprawa do anonimków - błagam podpisujcie się!!
20 kom=next

wtorek, 6 stycznia 2015

~.29.~


~.Do you ever think of me when you lie?
Lie down in your bed, your bed of lies
And I knew better than to look in your eyes
They only pretend you will be mine
And you know how you made me believe
You had me caught in every web that you weave
But do you ever think of me when you lie?

Lie down in your bed, your bed of lies.~


Stałam tam, jak osłupiała. Powoli docierały do mnie jego słowa, czułam się wycieńczona. Kocha mnie... To takie niemożliwe...A jednak jest.
- Powiedz coś - wychrypiał zdenerwowany.
- Zayn...
- Kochasz mnie? - zapytał szybko wprawiając mnie w zakłopotanie. - Powiedz szczerze, czy mnie kochasz. Tylko tyle.
- To trudne. Zraniłeś mnie, a teraz - zaczęłam się rozklejać. - A teraz, tak się pojawiasz i mówisz mi to...
Wtedy poczułam, jak jego silne ramiona przyciągają mnie do siebie. Ciepło, jakim mnie obdarował było takie przyjemne. Znów miałam go przy sobie, tylko dla siebie. Nie!
- Zayn, to nie będzie takie łatwe...Nie umiem tego, od tak wybaczyć - dukałam, nie wiedząc w jaki sposób mu to powiedzieć.
- Serio? - wzburzył się, a cały czar prysł. - Jakoś tym Włochem szybko się pocieszyłaś!
Zaraz. Skąd on to kurwa wie? Nie wspominałam o Fabio nawet Louisowi! A Melissa na pewno nie podkablowała. Czyli zostaje jedna opcja...
- Skąd o tym wiesz? - spytałam dla pewności, a złość buzowała we mnie.
- Louis gadał - zmieszał się, czyli kłamał.
- Gówno prawda! - krzyknęłam, cała moja złość właśnie wychodziła na zewnątrz. - Nie mówiłam nic Louis'owi! Kłamiesz! Przyznaj się w końcu, śledziłeś mnie?!
- Nie! Kurwa mać! Dlaczego ty musisz wszystko wiedzieć? - wrzasnął, w jego oczach była wściekłość.
- Przyznaj się, albo możesz o mnie zapomnieć - wysyczałam przez zęby, opierając o biodra swoje ręce zaciśnięte w piąstki.
- Wynająłem detektywa, który cię śledził i robił zdjęcia - wyszeptał, patrząc w ziemię. Był zawstydzony.
Czułam, jak nogi się pode mną uginają. Momentalnie stałam się wycieńczona. To było, jak cholerny sen. On się nigdy kurwa nie zmieni! Byłam wściekła, a właściwie to słowo nie wyraża nawet siły mojej złości.
- Proszę nie odchodź, ja chciałem tylko...Chciałem, żebyś była bezpieczna...I chciałem...
- Nic nie mów - powiedziałam spokojnie, unosząc ręce do góry. - Nie tłumacz się.
- Ale, ja naprawdę musiałem wiedzieć, że jesteś bezpieczna. Sprawdziłem tego Fabio, on brał udział w bójce. Nie mógłbym puścić cię tam bez wiedzy, z kim i gdzie jesteś...
- Zayn! Jesteś śmieszny! - przerwałam mu, nie mogąc słuchać tego steku bzdur.
- Ja? Ja pierdolę, Lucy! Gdyby nie ja już dawno byłabyś niewolnicą tych Japończyków, on by cię rżnął codziennie po kilka razy i bił! Dbam o twoje bezpieczeństwo, gdy tego nie wiesz !
- Gdyby nie to, że chciałeś mnie wykorzystać dla swoich celów pewnie, by mnie nie znali! Czy ty kiedykolwiek myślałeś o mnie, gdy kłamałeś ? - prychnęłam, zakładając ręce pod biustem.
Wtedy Zayn uderzył z całej swoje siły w ścianę, a figurki, które stały na szafce obok spadły na ziemię.
- Jesteś agresywny! Zayn! Mówisz, że Fabio się bił, a ty to pieprzony kryminalista! Zabiłeś ludzi, z zimną krwią odebrałeś im życie - z moich oczu wypłynęły gorzkie łzy. - Jeśli ktoś miałby naderwać więzi mojego bezpieczeństwa to byłbyś tylko ty.
Czułam, że doprowadziłam go do stanu jakiego jeszcze nigdy nie osiągnął. Jego złość przeszła wszystkie granice. Zaczął rzucać przedmiotami, krzyczeć. Nie mogłam tego wytrzymać, więc wybiegłam z pokoju, ale na schodach mocno złapał mnie za rękę.
- Nie uciekniesz mi. Tym razem nie dasz rady - wysyczał, patrząc w moje przestraszone oczy.
- Czego ty chcesz? - spytałam, pozwalając kolejnym łzom wypłynąć.
- Ciebie. Kocham cię, nie rozumiesz tego? - powiedział spokojnie, po czym ujął dłońmi moją twarz. - Jesteś dla mnie najważniejsza. Nikomu nie powiedziałem, takich rzeczy, jakie powiedziałem tobie.
Wyrwałam się mu, zbiegłam na dół, gdzie tuż przy końcu schodów stali dosłownie wszyscy. Minęłam ich bez słowa i udałam się do salonu po swoją torbę. Chwyciłam ją, po czym weszłam do łazienki. Wiedziałam, że szybko nie znajdę się w domu, więc musiałam to zrobić tu. Wyjęłam z malutkiego opakowania coś, co zawsze mi pomagało. I nagle usłyszałam głosy wołające moje imię oraz mocne uderzanie w drzwi. Nie przejęłam się tym, tylko wykonałam trzy kreski na swoim udzie. Łzy mieszały się z krwią, byłam rozbita... Miałam ochotę zniknąć i już nie wrócić. Zayn, Louis, Liam, Rachel, Sarah - wszyscy dobijali się do drzwi, krzyczeli, a ja za każdym razem robiłam co raz większą ranę. Już sama nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. I nagle drzwi otworzyły się, a do środka wszedł Zayn. Podszedł do mnie, kucnął i położył dłoń na moim policzku.
- Wyjdźcie! - powiedział do reszty, która zszokowana patrzyła na mnie, jak na ufo.
- Ale Zayn, ona krwawi - rzekła przestraszona i zaniepokojona Sarah.
- Cholera! Idź i zamknij drzwi - podniósł ton, wciąż patrząc na mnie.
Gdy zostaliśmy sami, Zayn mocno mnie przytulił.
- Nie rób tego więcej, Lucy. To nie pomaga, nie mogę w to uwierzyć - mówił cały czas będąc ze mną w uścisku.
- W co nie możesz uwierzyć?
- Że tyle razy mnie potrzebowałaś, a ja zachowałem się, jak skurwiel - odparł, trzymając za moje nadgarstki.
Szybko wziął waciki i wycierał krew z moich ud. Bolało, ale był tu przy mnie.
- Wiesz co? Jesteś takie małe dziecko, ale kurwa zakochałem się w tobie i chyba jesteś też czarownicą, bo twój czar mnie usidlił - rzekł spokojnie, na co roześmiałam się.
- Usidlił? - spojrzałam na niego, przygryzając wargę.
- Nie rób tak - odpowiedział krótko.
- Jak?
- Z wargą, nie przygryzaj jej - wydukał, nagle zrobił się jakiś dziwny.
- Dlaczego? - zdziwiłam się, specjalnie robiąc to, co prosił, abym nie robiła.
- Bo mam ochotę wziąć cię na tej podłodze - wyszeptał, na co wybuchnęłam śmiechem.
- Nie śmiej się, jesteś cholernie seksowna - odparł, kładąc dłoń na moim brzuchu. - Przepraszam.
Spojrzałam w dół, na swoje palce, które nagle stały się interesujące.
- Obiecaj mi, że nie zrobisz tego nigdy więcej! Możesz mnie nie kochać, ale obiecaj - uniósł palcem mój podbródek i patrzył mi głęboko w oczy.
- Nie umiem, ale mogę ci obiecać, że cię kocham - uśmiechnęłam się, wplatając rękę w jego włosy.
- Mogę? - spytał dla pewności, pochylając się nade mną.
- Nie, Zayn to wszystko za szybko - odsunęłam się.
- Dlaczego?
- Ja nie zapomnę, o tym od tak. Oszukałeś mnie, szpiegowałeś i...
- Zrobię wszystko, czego chcesz - wyszeptał, ujmując dłońmi moją twarz.
- Daj mi trochę czasu - wymamrotałam, opuszczając głowę tak, by włosy zakryły moje oczy.
Widziałam, że to nie była odpowiedź na jaką czekał, ale musi zapłacić za swoje błędy.
Wzięłam swoją torbę i wyszłam z łazienki, zostawiając go samego. Weszłam do salonu, gdzie siedział Louis z resztą.
- Możesz mnie odwieźć? - zapytałam, kierując wzrok na przyjaciela.
- Jasne - odparł, wstając z fotela.
- Miło było, cześć - posłałam reszcie sztuczne spojrzenie i udałam się Lou.
Wyszliśmy na podjazd, gdzie wsiadłam do auta, czekając na towarzysza.
- Czyj jest ten biały Range Rover? - zapytałam, bo zaciekawiło mnie to auto.
- Zayna - mruknął, wyjeżdżając ze swojej posesji.
- Jak to?
- Kupił nowe auto, po tym wszystkim - oznajmił beznamiętnie.
A więc sprawił sobie cholernie drogi pojazd, a nie mógł do mnie zadzwonić? Wiem, że do USA jest drogo, ale na pewno taniej niż pieprzony Range Rover!

Wysiadłam przed kamienicą, od razu idąc do środka. Wbiegłam na górę i otworzyłam drzwi od mieszkania. Tak dawno tu nie byłam...
Stanęłam na środku i rozejrzałam się, prawie nic się nie zmieniło. Było czyściej, a w wielu miejscach pojawiły się świeże kwiaty oraz ładne ozdoby.
Usiadłam na kanapie, po czym zamknęłam oczy. Szykuje się powrót do przeszłości...

Następnego ranka, obudziłam się w swoim starym pokoju. Dzień wyglądał, jakby się powtarzał. Te same ściany, które przypominają mi o tym dniu...w którym dowiedziałam się o całym oszustwie Zayna i reszty. Wszystko identyczne, jak to tu zostawiłam.
Wstałam ospale z łóżka, po czym założyłam ciepłe kapcie na swoje zmarznięte nogi. Podrapałam się po głowie, idąc w kierunku szafy. Wyjęłam z niej szarą bluzę, którą od razu ubrałam. Następnie powędrowałam do łazienki, gdzie umyłam zęby i rozczesałam oraz włosy. Gdy wyszłam, poczułam przyjemny zapach pancakes'ów, jakie jadłam w Ameryce, do tego świeża kawa. Pobiegłam do kuchni, gdzie zobaczyłam Sarah z talerzem i kubkiem w ręce.
- Cześć, zrobiłam ci śniadanie. Może nie tak, jak w Nowym Jorku, ale starałam się - powiedziała z uśmiechem, stawiając przedmioty na stole.
- Dzięki - rzekłam, siadając na krześle.
Faktycznie pancakes z syropem klonowym i kawa. Zaczęłam jeść dosyć niepewnie, jej nagłe podlizywanie się wcale nie sprawi, że wybaczę. Mimo to placki smakowały wybornie, zjadłam wszystkie. Do tego kawa postawiła mnie na nogi. Posprzątałam po sobie i udałam się do swojego pokoju. Wyjęłam z szafy ciepły sweter, jeansy i bieliznę. Ubrałam się szybko, po czym pomalowałam rzęsy, a po ustach przejechałam błyszczykiem. Dziś muszę kupić artykuły potrzebne do szkoły. Wzięłam swój portfel z celu sprawdzenia, ile pieniędzy mi zostało. Miałam 10 funtów i 30 dolarów. Wtedy z torebki wyleciał mały breloczek z statuą i wieżowcami. I tak nie miałam kogoś, komu mogłabym go dać, więc może być dla Sarah. Spakowałam torebkę, a następnie poczłapałam do salonu. Usiadłam obok szatynki i dałam jej saszetkę z prezentem.
- To dla ciebie - zdobyłam się na sztuczny uśmiech.
- Dziękuje - powiedziała radośnie, przytulając mnie.
- Proszę, dobra. Ja idę na zakupy - rzekłam, po czym udałam się w kierunku drzwi.
Wyszłam z mieszkania, kierując się do najbliższego kantora. Wymieniłam pieniądze, po czym pojechałam metrem do najbliższego Tesco. Wzięłam wózek i aplikator, przemierzałam alejki w poszukiwaniu zeszytów, pisaków. Gdy byłam na dziale z produktami mlecznymi. Wrzuciłam do koszyka kilka jogurtów, które uwielbiam. Następnie poszłam do kasy, przyłożyłam czytnik do maszyny, spakowałam swoje artykuły i zapłaciłam. Z dosyć ciężkimi torbami skierowałam się na stację metra. Zobaczyłam, że niedaleko mnie zbiera się duży tłum ludzi, słyszałam krzyki i przekleństwa. Podbiegłam do zgrupowania, przeciskałam się, by zobaczyć co się tam dzieje. Dwóch facetów biło się, leżąc na ziemi. Nagle dostrzegłam w jednym znajomą twarz. Był to Andrew Kelley - chłopak, którego poznałam w domu dziecka. Jakiś mężczyzna szarpał go i wyzywał, rasista. Używał takich zwrotów, że w głowie mi się to nie mieściło. W końcu ludzie ich od siebie odciągnęli, a ja podeszłam do Andrew.
- Lucy? Lucy Colinns! Cześć - wziął mnie w ramiona w uśmiechem na twarzy.
- Hej, co tam u ciebie? - powiedziałam wesoło.
- Hyh, jak widzisz...Obcy ludzie się na mnie rzucają - rzekł na koniec wybuchając śmiechem.
- O co mu chodziło?
- O mój kolor skóry.
- Tak mi przykro - wyszeptałam, to było okropne.
- Mój pociąg jedzie, przepraszam. Zadzwoń do mnie, to pogadamy - odparł, widząc nadjeżdżające metro, po czym dał mi swoją wizytówkę.
Podziękowałam i pożegnałam się z dawnym przyjacielem, a następnie zajęłam miejsce na wolnej ławce.
Dr. Andrew Kelley.
Specjalista pediatrii.
Andrew jest lekarzem? To wspaniale. Pamiętam, jak robił operacje lalką, przez co dziewczyny go biły poduszkami. A teraz leczy dzieci! Z tego, co wiem to powinien mieć około 27 lat. Był u nas 2 miesiące, aż do skończenia pełnoletności. W tak młodym wieku osiągnął status doktora, jestem dumna.

Obudziłam się rano, oficjalnie zaczyna się szkoła. Dziś mam rozpoczęcie roku, ale nie mam najmniejszej ochoty się tam pojawić. A zwłaszcza sama, Louis ma jakieś spotkanie, a nikogo innego nie mogę poprosić, by ze mną pojechał.
Wyjęłam eleganckie ubrania z szafy i udałam się do łazienki. Umyłam zęby, rozczesałam włosy, które ułożyłam w fale. Wykonałam delikatny makijaż, po czym ubrałam się. Spryskałam ciało perfumami, pomalowałam paznokcie na niebiesko. Pognałam do kuchni, gdzie zjadłam kanapki z łososiem i wypiłam herbatę owocową. Sarah wciąż spała, więc po cichu wyszłam z domu i zbiegłam na dół. Była 9 am, a apel zaczyna się za 0,5 godziny, więc muszę szybko dostać się do szkoły. Nagle usłyszałam trąbienie. Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam nieznany mi samochód. Przyjrzałam się lepiej, za kierownicą siedziała Melissa. Wsiadłam do środka, na miejsce pasażera.
- Podwózka do szkoły? - zapytała z uśmiechem na twarzy.
- Tak, od kiedy masz prawko? - rzekłam, zapinając pas.
- Kanadyjskie od 2 miesięcy - odparła, skręcając w lewo.
- A nasze?
- Nie mam, więc módl się, żeby nas nie złapali - powiedziała przyśpieszając.
Moje serce momentalnie zmieniło się w pikającą bombę, cholera jasna. Mogą ją zamknąć, przecież to pewna śmierć...Siedziałam nerwowo łapiąc się za oparcie.
Dojechałyśmy całe do szkoły, wysiadłam z auta i pognałam do wejścia. Melissa dołączyła do mnie, by razem udać się na salę gimnastyczną. Wszystko było ładnie przystrojone, nauczyciele kręcili się w okół, a uczniowie zbierali się w grupkach.
W końcu apel się zaczął, powitali nas po wakacjach, ale reszty już nie słuchałam. Myślałam o tym, co teraz będzie. Zacznę codziennie chodzić do szkoły, a muszę ją teraz najlepiej zdać, by dostać się na studia. A jedyne myśli, jakie chodzą mi po głowie to rodzina i Zayn. Przecież dalej jest tyle niewyjaśnionych spraw...To będzie koszmar ogarnąć wszystko, co na mnie zrzucono...

____________________________________________________________________
Witajcie :) Dodaję rozdział mimo, iż nie było 25 komentarzy, ale 21 (na chwilę obecną) wystarczy ☻
Pewnie mnie teraz nienawidzicie, że Zucy lub Layn (jak wy to tam wolicie xd) się rozstało...
Ale taki jest plan, więc musicie się uodpornić, bo nie zmienię tego. Ale pamiętajcie, po burzy zawsze przychodzi słońce ;)
Chciałabym was też zaprosić na moje nowe ff, tym razem na wattapad pt. "What If I'm Gone?" 
Zapraszam też na moje drugie opowiadanie pt. "Żyj Marzeniem", które piszę na blogspocie, ale ostatnio zaczęłam też na wattpadzie. Zapraszam was tutaj - KLIK
Dziękuje, że jesteście ♥♥ O to i 1 rozdział w nowym roku, dlatego chciałabym wam życzyć wszystkiego, co najlepsze. Dużo zdrówka, spełnienia marzeń i sukcesów w szkole. Kocham was ♥♥
20 kom = next
Ps. Mam pytanie, chcielibyście krótkie spojlery do rozdziałów? 

środa, 24 grudnia 2014

~.28.~

Ważna notka pod rozdziałem!
- Lucy, zostań jeszcze chwilę - nalegał Fabio, gdy szliśmy po ulicach Times Square z kawą w ręce.
- Nie mogę, mam szkołę - powiedziałam chyba po raz setny.
- Proszę zostań - zacisnął mocniej moją rękę, którą trzymał cały czas podczas spaceru.
- Fabio, chciałabym. Jednak muszę skończyć szkołę. Może na Święta tu przylecę - rzekłam stając na chwilę, by powiedzieć to patrząc mu w oczy.
- Masz do mnie dzwonić i pisać codziennie - zagroził palcem, po czym wybuchnęliśmy śmiechem. - Jesteś pewna, że masz prezenty dla wszystkich?
- Chyba tak. Jeszcze tylko zajdziemy po ten breloczek - uśmiechnęłam się widząc śliczną zawieszkę do kluczy w jednym ze sklepów z pamiątkami.
Kupiłam breloczek, a następnie udaliśmy się do Mark's&Spencer kupić trochę jedzenia do samolotu. Już o 5 pm muszę być na lotnisku, a zostały mi tylko 3 godziny w NYC. Staram się je dobrze wykorzystać, Melissa poszła z Dereckiem na miasto. To ich ostatnie chwile razem, a widzę że się polubili. Tak samo, jak ja i Fabio. Po rozmowie z Zaynem zadzwonił do mnie następnego dnia proponując kolację w restauracji. Wtedy powiedział mi, że wcale nie jest tu na wakacje tylko mieszka w NYC od dwóch lat i cała jego rodzina z nim wyjechała. Oprócz mamy i jest tu też ciotka, która ma swój sklep. Dziadkowie na emeryturze, siostra pracująca w biurowcu, brat uczeń i tata, który ma z mamą restaurację.
- Jesteś spakowana? - zapytał wybierając chipsy.
- Tak, tylko takie podręczne rzeczy muszę uporządkować - oznajmiłam idąc alejką obok niego.
- Może chcesz zjeść szybki obiad? - mrugnął do mnie, po czym ruszyliśmy w stronę Mc'donalds.
Zamówiłam frytki, shake'a i kurczaczki. Skonsumowałam wszystko robiąc wcześniej zdjęcie na pamiątkę.
- Będę tęsknił - posmutniał bawiąc się opakowaniem od ulotek.
- Ja też - rzekłam pakując frytkę do buzi.

Wrzuciłam wszystkie potrzebne rzeczy do torebki, przebrałam się i zbiegłam na dół. Joel pakował moją walizkę do swojego auta, a obok niego stała Melissa z Olivią. Podeszłam do Devonne, która nie jedzie z nami, bo musi zostać z Dianą.
- Kochanie, my zawsze tu będziemy. Cieszę się, że odnaleźliście się z Joelem. Jestem dumna, że mam taką rodzinę, jak wy. Kocham cię mocno, dzwoń do nas codziennie - mówiła przytulając mnie mocno.
- To ja was wszystkich kocham z całego serca. Dziękuje, że okazaliście mi tyle miłości. Cieszę się, że mogłam być podczas twojego porodu. Co prawda na poczekalni, ale to zawsze coś  - zaśmiałam się pod koniec. - Będę dzwonić. Mogę na chwilę Diankę?
Devonne podała mi malutką na ręce, a ja delikatnie złapałam ją za paluszek i pocałowałam w czółko. Ten czas, tak szybko minął. Zaledwie miesiąc temu stałam przed drzwiami Olivii przestraszona, jak nigdy. A już opuszczam rodzinę i Amerykę.
- Kocham was mocno - przytuliłam ostrożnie Dev, mając Dianę na rękach.
- Masz - powiedziałam wkładając mi coś do mojej torebki.
- Co to? - zapytałam już sięgając tam, ale Dev odepchnęła moją rękę.
- Zobaczysz w samolocie, obiecaj - spojrzała na mnie poważnie.
- Dobrze - nie zamierzałam się kłócić.
- Powodzenia - rzekłyśmy w tym samym czasie.
Wsiadłam do auta z dziewczynami i Joelem machając Devonne, aż do opuszczenia ich posesji.
- Pożegnałaś się ze wszystkimi? - zapytała Olivia.
- Tak, tylko wy zostaliście - odpowiedziałam ostatni raz patrząc na Nowy Jork.
- Kto was odbierze z lotniska?
- Mnie rodzice - odparła Melissa.
- Louis.

- Będę za wami cholernie tęsknić - mówiłam przez płacz. - Nie chcę wyjeżdżać.
- Lucia, widzimy się przy najbliższej okazji. A już za rok się tu przeprowadzisz, zaczniesz studia. Zobaczysz! Będzie dobrze. Myśl teraz o nauce, kocham cię mocno. Nie mogę uwierzyć, że się odnaleźliśmy. Rodzina jest najważniejsza. Zadzwoń, jak dolecicie - słowa Joela wywołały u mnie jeszcze więcej łez.
- Joel, jesteś najlepszym bratem na świecie. I nie wiem, czy się przeprowadzę, ale utrzymamy kontakt do końca życia i nawet dłużej. Kocham cię, gratuluję ci córeczki i teraz widzę, że naprawdę mnie kochasz. Tak o mnie walczyłeś, a teraz twoje dziecko ma na drugie tak samo, jak ja. Obiecuję, że nigdy już nie będzie takiej przerwy.

Zapięłam pas i spojrzałam na Mel, która robiła to samo.
- Czyli wracamy - mruknęła rozsiadając się wygodnie.
- Niestety.
- Wiesz, jeśli chcesz możemy cię podwieźć. W końcu Louis i w ogóle - zaczęła mieszając się w słowach.
- Spokojnie. Poradzę sobie - wyszeptałam szukając w torebce książki.
- A co robisz po powrocie? - zapytała patrząc na mnie.
- Pojadę do domu, spakuje swoje rzeczy i poszukam mieszkania. Louis mi pomoże - oznajmiłam nawet nie myśląc o tym wcześniej.
- Możesz zamieszkać u mnie - zasugerowała z promiennym uśmiechem na twarzy.
- Nie, twoi rodzice i tak dużo mi pomogli puszczając cię do Ameryki. To za dużo - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mów, co chcesz. Oni cię bardzo lubią, poznałaś ich przecież.
- Koniec tematu!
Wtedy przypomniało mi się, że Dev wsadziła mi coś do torby. Przeszukałam ją i znalazłam dosyć dużą kopertę. Wyjęłam z niej kilka zdjęć, płytę, laurki oraz malutkiego misia.
Na zdjęciach była malutka ja, na niektórych też Olivia, Joel lub rodzice. Już po samych tych fotografiach płakałam, a potem zobaczyłam laurki dla rodziców i rodzeństwa pisane koślawo oraz z błędami. Miś widocznie był moim ulubionym, bo miałam go prawie na każdym zdjęciu. Nie mogłam pohamować łez. Patrzyłam na mamę, była taka piękna. Dlaczego jakiś skurwiel musiał podpalić ten domek?! Kto mógł być tak bezduszny, by zabić wspaniałych rodziców, ludzi jakimi byli moi rodzice?

- Dziękujemy za lot naszej linii Dreamliner British Airways. Obecnie znajdujemy się na lotnisku London Heathrow. Prosimy pasażerów o pozostawienie porządku, zabranie swoich bagaży i udanie się do wyjścia - zabrzmiało z głośników, gdy samolot wylądował.
Wstałam z fotela i wyjąwszy najpierw bagaż podręczny udałam się do wyjścia. Pożegnałam się z stewardessą. Szłam "rękawem" sprawdzając telefon. Napisałam sms do Fabio, Olivii i Joela, że jestem już na miejscu.
- Z kim ty tak piszesz? - zaśmiała się blondynka.
- Do wszystkich, informuje, że już jestem - powiedziałam zapatrzona w telefon.
- A co tam u Fabio? - odparła, po czym wybuchnęła śmiechem.
- Wspaniale! - spojrzałam na nią wymownie - Pocałował mnie przed wylotem!
- Co?! - krzyknęła przyciągając spojrzenia innych.
- Tak, spacerowaliśmy po Brooklinie i stanęliśmy pod reklamą z całującymi się ludźmi. Powiedział, że musi już iść, pożegnaliśmy się i potem rzekł, że musi to zrobić. Pocałował mnie, jeszcze raz pożegnał i odszedł - opowiadałam z rumieńcem na twarzy.
Ah pamiętam to uczcie, jak nasze usta się zetknęły. Fabio ujął dłońmi moje policzki, a ja objęłam go w pasie. Ciepło, jakie płynęło między nami...Tego nie dało się opisać.

Spojrzałam ponownie w komórkę, Louis 3 minuty temu napisał, że dotarł na lotnisko i czeka przy wyjściu. Melissa oznajmiła, że jutro mam do niej przyjść i opowiedzieć, co wydarzyło się po naszym rozstaniu na lotnisku. Jeszcze raz mocno podziękowałam jej, że poleciała ze mną, po czym udałyśmy się do sprawdzania paszportów i biletów. Spędziłyśmy tam z 15 minut, bo odbieranie bagażu też się przedłużyło. Potem wyszłyśmy z części obowiązkowej. Zobaczyłam rodziców i brata Melissy z wielkimi uśmiechami na twarzy. Wzięli w objęcia blondynkę, a ja rozglądałam się w poszukiwaniu Louisa. Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie od tyłu. Louis.
- Tak bardzo tęskniłem księżniczko! - wyszeptał mi do ucha, po czym odwrócił mnie by znowu przytulić.
- Ja też, kocham cię Louis - powiedziałam jeżdżąc dłońmi po jego plecach.
- To dla ciebie - rzekł dając mi kubek z frappuccino.
- Dzięki.
- Lucy, my już jedziemy - wtrąciła Mel podchodząc do mnie. - Dziękuje, że mogłam z tobą pojechać i poznać twoją, wspaniałą rodzinę. Kocham cię mocno, zdzwoń do mnie i pamiętaj o jutrze.
- Lucy, mamy nadzieję, że wszystko się udało. Powodzenia - uśmiechnął się tata Mel, odpowiedziałam mu tym samym.
- Fajna ta Melissa - odrzekł Louis oblizując się i patrząc na tyłek blondynki.
- Louis! - koknęłam go w ramię.
- Dobra, jedziemy już - mruknął masując bolące miejsce, po czym złapał za rączkę od mojej walizki.
Udaliśmy się na parking, gdzie stało auto Lou. Zapakował torbę do bagażnika, a ja siedziałam wygodnie na miejsce pasażera. Przez drogę opowiadałam przyjacielowi o swoim rodzeństwie, pokazując ich zdjęcia.
- Gdzie ty jedziesz? - zapytałam, widząc jak skręca w inną drogę, niż do mojego domu.
- Do mnie - odpowiedział krótko, ściskając mocniej kierownicę.
- Louis! Co ty kombinujesz?! - krzyknęłam zdenerwowana jego zachowaniem.
- No i Devonne urodziła, co dalej? - zmienił temat, wracając do mojej wcześniejszej opowieści.
Siedziałam w ciszy z rękoma założonymi pod biustem, byłam zła na przyjaciela. Na pewno coś kombinuje. Wjechaliśmy na podjazd, gdzie stały dwa auta. Jedno należało do Liama, drugiego nie znałam.
Wysiadłam z pojazdu, po czym spojrzałam na Louisa, który szedł w stronę drzwi. Wiedziałam, że coś się święci. Weszłam do środka, a następnie do salonu, gdzie zobaczyłam pełno balonów i baner "Witamy w domu". Liam, Rachel, Sarah i Niall. Od razu wpadłam w ramiona Rachel, która tysiąc razy powtarzała, jak dobrze, że już jestem w Londynie. Chwilę potem podbiegła Sarah, nie chciała mnie puścić.
- Tak bardzo tęskniłam. Nigdy więcej nie rób, takich długich wyjazdów - wyszeptała, tuląc mnie coraz mocniej.
Nie odpowiedziałam jej nic, bo nie wybaczyłam jej kłamstwa. Louis to jedyna osoba, której zostało wybaczone. Mniej zła jestem też na Liama, ale reszta jest na skreślonej pozycji.
Przywitałam się ze wszystkimi, po czym usiadłam na kanapie. Na stole leżało pełno łakoci i picie, wzięłam szklankę, nalałam do niej soku i napiłam się. Wszyscy chcieli, abym opowiedziała, jak było za oceanem, ale nie miałam na to najmniejszej ochoty. Odpowiadałam niechętnie na ich pytania, myśląc o sposobie ucieknięcia stąd. Rachel widziała, że się męczę i próbowała mi to pokazać, ale w końcu nie mogła ich wszystkich wygonić. Wtedy postanowiłam pogadać na osobności z Louisem. Wytargałam go do kuchni pod pretekstem zrobienia spaghetti z puszki.
- Louis, jestem zmęczona. Nie chcę tu być - wyszeptałam patrząc na niego błagalnie.
- Poczekaj jeszcze chwilę - powiedział łapiąc mnie za rękę.
- Kuźwa Zayna mi tu jeszcze dowal - mruknęłam stawiając słoik na blat, co wywołało huk.
- Nawet nie wiesz, co on tu wyprawiał - wyszeptał, po czym wyciągnął makaron.
- Co niby?
- Lucy! On się załamał. Przez ten miesiąc widziałem go 3 razy. Nie wychodził z domu, raz do mnie przyjechał, bo chciał cię zobaczyć na tym skype. Upijał się, wyglądał okropnie...Płakał.
To trochę zmieniło moje podejście do tej sprawy. Zaraz płakał?! To nie może być prawda. Zayn nie płacze nigdy! Rozmyślałam chwilę nad tym, gdy nagle usłyszałam chrząknięcie. Odwróciłam się...i zobaczyłam Malika we własnej osobie. W tym samym czasie miska wypadła mi z rąk, roztrzaskując się na kawałki. Momentalnie wszystkie wspomnienia wróciły, każde myśli były tylko o nim. Chaos panował w mojej głowie. Żołądek wywinął potrójnego fikołka, a nogi były jak z waty.
- Cześć - wychrypiał drapiąc się po karku.
Dopiero teraz zobaczyłam, jak strasznie wyglądał. Miał na sobie szare dresy, wymiętolony podkoszulek i bluzę. Włosy w lekkim nieładzie, zarost nieco dłuższy niż zwykle. Do tego sińce pod oczami, zrobił się jakiś blady pomijając jego karnację.
- Ja to posprzątam, a wy idźcie pogadać na górę - rzekł Louis posyłając mi jednoznaczne spojrzenie.
Wzięłam głęboki oddech i udałam się za Malikiem na górę. Weszliśmy do sypialni gościnnej, zamykając za sobą drzwi.
- Więc...- przerwałam krępującą ciszę, jaka panowała w pomieszczeniu.
- Wróciłaś... - wyszeptał przygryzając wargę.
- Tak. Poznałam rodzinę, ale szkoła się zaczyna, więc wróciłam - rzekłam patrząc w jego smutne oczy.
Nastała niezręczna cisza.
- Kocham cię - usłyszałam nagle, popatrzyłam na Zayna, którego wzrok utkwiony był w podłodze.
Najwidoczniej poczuł mój wzrok na sobie i spojrzał na mnie.
- Kocham cię całym swoim sercem. Wiem, że ty mnie nienawidzisz. Daj mi skończyć, bo muszę ci to powiedzieć. Zachowałem się, jak zasrany skurwiel i wiem, że to za małe określenie. Nie wiedziałem, że będziesz taka wspaniała. Ale, gdy poznałem cię bliżej...Lucy zakochałem się w tobie. Od czasu Perrie traktowałem kobiety, jak jednorazowe szmaty. Ty zmieniłaś mnie. Poczułem do ciebie coś, czego nie czułem nawet do Perrie. Zawładnęłaś moim sercem, a teraz po rozstaniu nigdy wcześniej nie byłem taki zaniedbany. To jest dowód mojej miłości i jeśli ty też mnie kochasz to błagam wybacz mi. Przepraszam cię, Lucy. Kocham cię, oddam ci wszystko. Tylko mi wybacz, bo kocham cię całym sercem.

_____________________________________________________________________
Badum tssss :) O to i 28 rozdział, dodaję go mimo, że nie ma 25 komentarzy. To taki świąteczny prezent. Lucy wróciła!! I wyznanie Zayna...Musicie sobie to wyobrazić ♥♥ Ja się popłakałam pisząc to...Ale co z buziakiem od Fabio?! Dowiecie się czytając dalej. 
Kochani proszę komentujcie, bo nawet jedno słowo cieszy i motywuje ♥♥ Błagam, z okazji Świąt dobijcie 25 ☺
A pro po Świąt. Życzę wam dużo, wspaniałych prezentów, miłej atmosfery i niezapomnianych wrażeń. Odpocznijcie sobie od szkoły, spędźcie ten szczególny czas z rodziną ♥ Kocham was :)
Dziękuje wam, że jesteście tu ze mną. Czytacie Life'a, którego staram się pisać, jak najlepiej. To nasze pierwsze Święta razem! Dziękuje kochani ♥♥