piątek, 21 listopada 2014

~.24.~

Poranek w hotelu był dziwny, obudziłyśmy się przez stukanie do drzwi. Okazało się, że ktoś przysłał mi kwiaty, ale się nie podpisał. Nie znalazłam też żadnej karteczki.
- Może to jakiś gość? Spodobałaś się mu i ... - odparła Melissa po długim namyśle.
- Wątpię, nikt nas tu nie widział. Pewnie Lou robi sobie żarty - mruknęłam stawiając bukiet na szafce.
- Dobra, to co dziś robimy? - zapytała Mel otwierając szafę.
- Mamy dzień na zwiedzanie do 4, potem jedziemy do Joela - oznajmiłam wchodząc do łazienki.
Umyłam zęby, rozczesałam włosy i poszłam do pokoju po ubrania. W tym czasie Melissa zajęła toaletę. Ubrałam się, spakowałam do torebki telefon, portfel, dokumenty, aparat, błyszczyk, adresy rodzeństwa. Następnie przy lusterku nad toaletką wykonałam makijaż. Pomalowałam paznokcie i wreszcie, razem z Mel wyszłyśmy z hotelu.
- To gdzie idziemy? - zapytała blondynka rozglądając się.
- National Museum of American Indian, tam gdzie nagrywali "Noc w Muzem". Są super wystawy - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
Wybrałyśmy metro, jako dojazd, więc trochę się bałam. W Londynie też jeżdżę tym środkiem transportu, ale tutaj kręci się dużo podejrzanych typów. Z tego, co wiem często zdarzają się tu porwania i kradzieże. Na szczęście poruszanie się po NYC nie jest takie trudne, więc szybko dotarłyśmy na miejsce. Strasznie trudno było mi się przyzwyczaić do zmiany ruchu, wydawało mi się, że samochody na nas jadą, a w rzeczywistości kursowały po innym pasie.
Robiłyśmy dużo zdjęć, a samo muzeum było wspaniałe. Jednak kolejki okropnie się ciągnęły. W czasie czekania szybko pobiegłam do najbliższego Starbucksa. Kupiłam karmelowe Latte dla Melissy oraz czekoladowe frappuccino dla siebie. Zapłaciłam odpowiednią kwotę, po czym udałam się do wyjścia. Wtedy zaczepiła mnie jakaś młoda kobieta, ciemne włosy i oczy, wyższa ode mnie. Kogoś mi przypominała, ale nie mogła odgadnąć kogo.
- Lucy Collins? - zapytała mierząc mnie wzrokiem.
- Tak, czy my się znamy? - zdziwiłam się, było mi też niezręcznie.
- Nie, właściwie to nie - wymamrotała przyglądając mi się. - Faktycznie jesteś taka ładna - mruknęła.
- Ee dziękuje, ja już muszę iść - odparłam zdziwiona wyrywając się i idąc w stronę drzwi.
To była naprawdę dziwna sytuacja, ta kobieta tak mi się przypatrywała. Zachowywała się dziwnie, jakbym była kimś bliskim dla niej. I to "Faktycznie jesteś taka piękna". Cholera, kim ona jest?! Wróciłam do Melissy, kolejka trochę się przesunęła i byłyśmy bliżej kas. Dałam blondynce jej kawę, po czym wzięłam łyk swojej. Opowiedziałam jej o dziwnej sytuacji w Starbucksie, była zdezorientowana, tak samo jak ja i próbowała odgadnąć, kim jest ta kobieta. Wtedy udało nam się dojść do kasy, kupiłyśmy bilety wstępu i udałyśmy się do środka muzeum. Było cudownie, pełno ciekawych eksponatów. Szczególnie spodobały mi się kolorowe maski i spędziłyśmy tam 4 godziny. Robiłam zdjęcia, jedno wysłałam Louisowi. Odpisał, że jest na ważnym spotkaniu, ale ślicznie wyglądam i przeraża go ten "stwór" za mną, a w rzeczywistości był to posąg indiańskiego wodza. Gdy wyszłyśmy byłam trochę zmęczona i głodna, więc kupiłyśmy sobie amerykańskiego hot doga. Zorientowałyśmy się, że niedaleko jest Broadway, przeszłyśmy się kawałek. Kupiłam wisiorek z napisem tej ulicy, ozdobiony był diamencikami oraz złotem. Nie kosztował dużo, więc Melissa również go nabyła i stwierdziłyśmy, że to nasz znak przyjaźni. Jestem wdzięczna rodzicom przyjaciółki, że pozwolili jej jechać ze mną. Bez niej nie dałabym sobie rady.
Podczas spaceru jedną z najpiękniejszych ulic Nowego Yorku zadzwonił mój telefon, to Olivia. Mówiła, że Joel przyjedzie po mnie za 25 minut, podałam dokładne miejsce, w którym się znajdujemy i czekałyśmy tylko na mojego brata. Byłam strasznie zdenerwowana, nie wiedziałam jak mam się zachować w jego towarzystwie. Nie mam nawet pojęcia, jak wygląda. Z nerwów upuściłam telefon, jakiś mężczyzna mi podał i odszedł. Na szczęście się nie zbił, to dobrze Iphone 5 są niezniszczalne. Oglądnęłyśmy zdjęcia, które zrobiłyśmy dziś i nagle podszedł do nas przystojny mężczyzna w eleganckim garniturze. Lekki zarost nadawał mu zadziorności,
- Lucy, nie wierzę - odparł biorąc mnie w swoje silne ramiona.
- Joel? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak, to ja Luciu. Tak bardzo cię kocham, nie wierzę... - mówił, a z jego oczu wypłynęły łzy. - Jesteś taka piękna - dodał okręcając mnie wokół mojej osi.
- Dziękuje, nie myślałam, że mój brat będzie taki przystojny - uśmiechnęłam się, na co on przygryzł wargę. Tak samo, jak Zayn...
- A to jest Melissa, moja przyjaciółka - przedstawiłam blondynkę, która podała mojemu bratu dłoń, a on ją uścisnął.
- Tyle lat się o ciebie starałem, walczyłem z tym bidulem mając 14 lat. Robiłem wszystko, co mogłem...ale nie dałem rady - odrzekł zasmucony, więc go przytuliłam.
- Chodźmy już stąd - poprosiłam dyskretnie.
Udałyśmy się za Joelem w stronę jego samochodu. Było to audi, które wyglądało niesamowicie. Zajęłam miejsce pasażera, to było takie dziwne. Ta zmiana miesza mi w głowie. Jechaliśmy wzdłuż ulic NYC, patrzyłam na wszystkie te sklepy i atrakcje. To było takie nierealne.
- Podoba się? - zapytał Joel z uśmiechem na twarzy.
- Nawet bardzo - powiedziałam obserwując ruch na amerykańskich ulicach.
- A tobie, Mel? - dodał po chwili patrząc na blondynkę w lusterku.
- Cudo - wyszeptała przygryzając wargę.
- Gdzie mieszkasz? - rzekłam widząc. że okolica wydaje się naprawdę bogata.
- Tu - odparł podjeżdżając pod ogromny dom z pięknym trawnikiem.
Oświetlony, nowoczesny budynek, w którym mieszka mój brat. Marzenie...czy tylko ja z rodzeństwa musiałam żyć w okropnych warunkach?!
Joel zaprowadził nas do wejścia, otworzył drzwi kluczem i weszliśmy do środka. Duży przedpokój utrzymany był w kolorach jasnych, dużo lamp oraz ozdób. Nagle zobaczyłam niewysoką postać o blond włosach i zaokrąglonym brzuszku, czyżby mój brat ma zostać ojcem?!
- Lucy, Melissa poznajcie moją żonę Devonne, skarbie poznaj moją siostrę i jej przyjaciółkę - przedstawił nas sobie Joel.
- Cześć, kochanie - Devonne wzięła mnie w swoje objęcia, po czym zrobiła to samo z Mel.
- A tu jest Nathan - odparł Joel kładąc rękę na brzuchu Devonne wywołując uśmiech na twarzach wszystkich obecnych, następnie pocałował swoją żonę.
- O mój Boże! - krzyknęłam rzucając się na brata - Gratuluję, będziesz ojcem! To cudowna sprawa!
- A ty skąd wiesz? - zaśmiał się mrugając do mnie.
- Zamknij się - powiedziałam pół żartem.
- Chodźcie - Devonne zaprosiła nas do środka.
Usiedliśmy na kanapie w salonie i przyszedł czas na poważną rozmowę. Mam tylko nadzieję, że Melissa mnie nie zostawi.
- A więc minęło 13 lat...Było tyle czasu, byście mogli mnie znaleźć... - zaczęłam niepewnie.
- Mówiłem ci, że ten dom dziecka jest chory. Walczyłem bez przerwy, ale w końcu zagrozili policją i nic nie mogłem zrobić. Moi adopcyjni rodzice starali się o ciebie, niestety nie mogli już adoptować 3 dziecka - tłumaczył ze smutkiem w oczach.
- Przez tyle lat żyłam w kłamstwie...to boli - łzy spływały po mojej twarzy.
- Kochanie, nie płacz - wyszeptała Dev obejmując mnie.
- Wszystko się wali - wybełkotałam ocierając kropelki wypływające z moich oczu.
Wtedy musiałam streścić im prawie całe życie, również wliczając Zayna i ten jego cholerny świat. Joel był wściekły, gdy to usłyszał.
- Zabiję go! - wrzasnął uderzając ręką w kanapę.
- Przestań! Było minęło - okłamywałam samą siebie.
- Wykorzystał ciebie, bo jesteś córką rajdowca! Chciał wygrać na tobie miliony! A potem spławić, nie mów tylko, że cię rozdziewiczył, bo mnie kurwica trafi - krzyczał Joel chodząc po pokoju, jak opętany.
- Joel, język! - wtrąciła Devonne.
- Przepraszam, ale ten Malik to dupek i tyle - Joel opanował się i usiadł z powrotem na kanapie.
Później brat opowiedział mi w skrócie, co działo się w jego życiu. Dowiedziałam się, że skończył prawo i jest jednym z najlepszych w tym zawodzie. Co wyjaśnia dom, samochód. Dev powiedziała mi, jak się poznali. Że Joel chciał ją poderwać na lipne teksty z internetu i wysportowaną sylwetkę, to muszę przyznać. Mój brat jest przystojny, dobrze zbudowany. Czas, tak szybko mijał. W końcu zdecydowaliśmy, że zamieszkam u Joela, bo ma większy dom i Devonne jest cały czas w domu. Co prawda jej termin jest za dwa tygodnie, co brat uznał za wspaniałe, ponieważ żona daje mu nieźle popalić. Pokazali mi też pokoik dla dziecka, który zaprojektowali razem. Oni są taką uroczą parą. Wieczorem pojechaliśmy do motelu po nasze rzeczy i wróciliśmy do posiadłości mojego brata. Dostałam pokój z Melissą, osobną łazienkę. Przygotowaliśmy razem kolację, czułam się cudownie. Myślałam, że potraktują mnie jak obcą. A to tacy niesamowici ludzie.
Umyłam się, ubrałam w piżamę i położyłam do łóżka. W tym czasie zadzwonił Louis, odebrałam połączenie.
- Cześć, co tam?
- Wspaniale, poznałam Joela. Jego żona Devonne jest w ciąży!
- Ale, jak cię traktowali?
- Dobrze, rozmawialiśmy dużo.
- Księżniczko kończę, bo muszę jechać do mamy. Baw się dobrze, masz pozdrowienia od wszystkich...to znaczy...no od wszystkich. Pa
Ta rozmowa była dziwna, podejrzewam, że Louis ukrył, kto mnie nie pozdrawia i stawiam na Hazzę oraz Zayna. No cóż...

20 kom=next
Sprawdzajcie zakładkę "bohaterowie" :) Wybaczcie opóźnienie :( Przepraszam!

niedziela, 9 listopada 2014

~.23.~

- Dlaczego, tak właściwie lecimy do Stanów? - zapytała Melissa, co wybudziło mnie ze snu.
- Aby odnaleźć moją rodzinę - mruknęłam niezadowolona.
- A te inne powody? - odparła, a ja przetarłam oczy i spojrzałam na nią.
- Nie wytrzymałabym z nimi, nie zniosłabym myśli, że są w tym samym pomieszczeniu, co ja - wyszeptałam zasmucona.
- Więc chciałaś po prostu od nich uciec? - położyłam rękę na moim ramieniu.
- Tak, nie wierzę, że mnie tak oszukali. Wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego?! - mówiłam, a z moich oczu wypływały łzy. - Kocham Zayna, a on tak po prostu się mną bawił.
- Pamiętaj, że zawsze ja jestem i ci pomogę. A oni nie są warci twoich łez - przytuliła mnie

Stojąc przed JFK nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Melissa szukała w Google Maps, jak mamy dojechać do naszego hotelu. To śmieszne, że tutaj ludzie dopiero budzą się do życia, a w Londynie zajadają obiad. Zmiana czasowa jest czasem przydatna, bo przynajmniej mam więcej czasu na znalezienie rodziny. Naprawdę stresuję się spotkaniem z Olivią i Joelem. A co jeśli mnie wyrzucą? Nie będę chcieli ze mną rozmawiać? Jacy oni są?

Przekręciłam kluczyk, a drzwi od pokoju się otworzyły. Po prawej stronie kilka wieszaków na kurtki, półka na buty. Po lewej łazienka. Dalej dwa łóżka, szafki nocne i obraz zakochanych na ścianie. Na przeciwko biurko, małe lustro oraz krzesło. Postawiłam walizkę w kącie, po czym wyjęłam z torebki telefon.
- To co robimy? - zapytała Melissa otwierając swój bagaż.
- Najpierw możemy iść coś zjeść i przy okazji pozwiedzać. Potem pójdziemy do Olivii - oznajmiłam pisząc sms do Louisa, że doleciałyśmy oraz jesteśmy już w hotelu.
- A wiesz, gdzie ona mieszka? - odparła kładąc bluzki do szafy.
- Adres jest w dokumentach - rzekłam przeglądając plik kartek z danymi mojej rodziny.
- Chodźmy najpierw coś zjeść, bo już serio umieram - wyjęczała Melissa patrząc na mnie.
Wzięłam swoją torebkę, mapę Nowego Yorku i inne potrzebne rzeczy, po czym wyszłyśmy z pokoju. Jakimś cudem udało nam się złapać taxi, której kierowca dokładnie wyjaśnił nam, co możemy robić. Zawiózł nas do najbliższego Mc'donalda. Zamówiłyśmy podwójne frytki, cheeseburgery i iced fruits. Byłyśmy głodne, a nie chciałyśmy jeść w jakiś ekstrawaganckich restauracjach. Dopiero po zjedzeniu, wyjściu na dwór zobaczyłam, że znajdujemy się na Manhattanie! Wszystkie te billboardy i sklepy, ogrom ludzi oraz pełno żółtych taksówek. Nowy York, wciąż do mnie to nie docierało. Pierwszy raz byłam poza Europą, a do tego w takim miejscu.
Chodziłyśmy po Manhattanie z shake'ami robiąc sobie zdjęcia, jedno wysłałam Louisowi, który odpisał, że wyglądał zajebiście i mam się dobrze bawić. Wciąż nie jestem do niego w pełni przekonana, ale z nim mam najlepszą relację biorąc pod uwagę cały gang kłamców.
Wchodziłyśmy do wielu sklepów, ale nie nabyłyśmy nic nowego oprócz paczki skittels'ów. Gdy wybiła godzina 4:45 pm postanowiłyśmy pojechać do Olivii. Byłam cholernie zestresowana, co jeśli ona mnie wyrzuci? W dodatku wciąż nie dociera do mnie, że mam siostrę. Jednak zatrzymując się pod wielkim apartamentowcem i, o ile dobrze pamiętam z gazet mieszka w nim Anne Hathaway, czułam jeszcze większe zdenerwowanie, chyba dostanę palpitacji serca.
Melissa przytuliła mnie, po czym obie wcisnęłyśmy domofon.
- Słucham?
- Eeee...jaa...przyszłam do Olivii Collins.
- Dobrze, a kim jesteś?
- Lllucy.
- Wejdź.
To była ona...Musiała być. I chyba mnie poznała, nie wiem jakim cudem, ale wpuściła mnie tylko po imieniu. Była roztrzęsiona, przerażona, ale wspięłam się na 8 piętro. W drzwiach stała już wysoka, szczupła szatynka o dużych, brązowych oczach, takich jak moje. Jej czekoladowe włosy opadały wzdłuż pleców. (Olivia dodana do bohaterów, sprawdź)
- Lucy Ann Collins - wyszeptała anielskim głosem.
- Olivia, to ty - wybełkotałam stojąc przed nią.
- Nie wierzę, te same oczy, usta. To ty, Luciaaa (czyt. Lusia) - odparła, a następnie przytuliła mnie.
Weszłyśmy do środka jej pięknego mieszkania. Wszystko było idealne.
- Jak mnie znalazłaś? - zapytała ocierając łzy.
- Ahh to musiałabym ci dużo poopowiadać - rzekłam wypuszczając powietrze.
- A ty jesteś jej przyjaciółką? - zwróciła się do Mel.
- Tak, Melissa. Miło cię poznać - uśmiechnęła się blondynka.
- Olivia, siostra Lucy, ale pewnie wiesz - wymamrotała ściskając ją.
- Pewnie chcecie pogadać szczerze, to może ja pójdę sobie - rzuciła niezręcznie Melly.
- Nie, zostań. Proszę - posłałam jej słaby uśmiech, ale chciałam by była ze mną podczas tej rozmowy.
Usiadłyśmy na kanapie, a Olivia położyła na stół szklanki oraz wodę.
- Nie wierzę, że tu jesteś. Od razu cię poznałam, ale nie dochodzi do mnie, że moja mała Lucia tu jest. Tak bardzo cię kocham - mówiła, a z jej oczu wypływały łzy.
- Proszę opowiedz mi coś o sobie - dodała łapiąc mnie za rękę.
- Mam 18 lat, mieszkam w Londynie. Chodzę do liceum, jak wy to nazywacie. Niedawno dowiedziałam się o tobie i Joelu, rodzicach, jak zginęli. Nie wierzę, że musieli akurat być w tym samolocie. Cholerny musiał spaść. Od razu przyleciałam tutaj, by z wami porozmawiać - opowiadałam bawiąc się palcami.
- Lucy, chyba nie znasz całej prawdy. Rodzice zginęli w wypadku, podpalono domek letniskowy, w którym byli na 10 rocznicę ślubu. Miałaś niecałe 5 lat, byliśmy wtedy u ciotki w Canterbury. Do tej pory nie wiadomo, kto podpalił domek - odrzekła, a obie rozpłakałyśmy się na same wspomnienie o rodzicach. I kłamstwo, jakim zostałam nakarmiona.
- Ale... Czyli oni...
- Oni cię bardzo kochali. Wszystkich nas kochali. Na pewno cieszą się, że w końcu się spotkaliśmy - wybełkotała wymuszając smutny uśmiech.
- W takim razie, dlaczego znaleźliśmy się w domu dziecka? - spytałam głosem drżącym od płaczu.
- Ciotka nas nie lubiła. Gdy ktoś podpalił ten dom, ona po prostu podwiozła nas sąsiadce i kazała nic nie mówić. Potem ślad po niej zaginął. Wyjechała, zmieniła nazwisko. Nie mogli jej znaleźć, więc dali nas do domu dziecka. Po 2 latach nas zabrało państwo z Nowego Yorku. Chcieli adoptować Anglika, wybrali nas. Bardzo starali się, żeby zabrać też ciebie. Jednak nie można było cię wydać. Codziennie dzwoniliśmy, ale nikt nie udzielał nam informacji o tobie. Z czasem przestaliśmy, bo grożono nam policją. Lucy, bardzo chciałam się znaleźć. Jednak nie miałam możliwości, by to zrobić - opowiadała, a ja czułam się okropnie.
- A gdzie są ci państwo? I opowiedz mi o nich, było wam dobrze u nich? - wymamrotałam, aby przerwać ciszę, która nastała.
- Mieszkają w Nowym Yorku, są emerytami. Było u nich bardzo dobrze, pomagali nam. Nie mają dzieci - poinformowała ze smutnym uśmiechem.
- Masz męża? - zapytała wnioskując po męskich rzeczach w jej apartamencie.
- Narzeczonego. Jest teraz w pracy, ale przyjdzie za godzinę. Ma na imię Dereck. Kiedyś nielegalnie szukał cię w bazie danych domu dziecka i dokopał się tylko do informacji z 23 sierpnia 2010. Jest cudowny, polubisz go - mówiła łapiąc mnie za rękę. - A ty masz kogoś?
Właśnie TO pytanie wywołało u mnie pierwszą myśl o Zaynie podczas pobytu w Ameryce. To było cholernie trudne, tak strasznie wykorzystał moje serce. Nawet nie przeprosił. Jest skurwysynem, który lubi tylko seks i alkohol. On nie umie się zakochać.
Opowiedziała całą historię siostrze, włączając w to fakt, jak dowiedziałam się o niej. Była w szoku, przytulała mnie cały czas. Pokazałam jej zdjęcie Zayna, przyznała, że jest cholernie seksowny. Jednak okropnie mnie potraktował i wyzwała go nawet gorzej, niż ja.
- Wciąż go kochasz? - zapytała, a Melissa ścisnęła mnie mocniej za rękę.
- Sama nie wiem. Nienawidzę go za to, co zrobił. I tak kocham go jakąś częścią siebie. Był dla mnie ideałem. Chciałam mu się oddać...
- Zaraz, ty jesteś dziewicą? - przerwała mi zdziwiona Olivia.
- Dziwne, nie? Miała takie ciacho, a nie kochała się z nim! - dodała ze śmiechem Mel.
- No siostra. Teraz to dałaś ciała. On jest sexy! - zaśmiała się moja siostra, na co uśmiechnęłam się.
- Wiem...Ale nie chcę tego ciągnąć. Skończyłam z nim - wyszeptałam patrząc na swoje stopy.
Nagle drzwi od mieszkania otworzyły, a w nich stanął wysoki mężczyzna, o jasnych włosach i niebieskich oczach.
- Czy to jest Lucy? - zapytał zdziwiony stając w miejscu.
- Tak, cześć Dereck - uśmiechnęłam się.
- Matko!!! - wrzasnął przytulając mnie.
Usiedliśmy na kanapie i musiałam powtórzyć mu wszystko, co opowiadałam Olivii. Nawet płakał, powiedział też, że utnie Zayn'owi jaja za to, co zrobił. Jednak wciąż nie wiedziałam, co było powodem tego przekrętu. Wtedy Olivia mnie olśniła.
- Wykorzystał to, że jest córką rajdowca i proszę...
- Słucham?! - przerwałam zdezorientowana.
- No nasz tata też jeździł w takich wyścigach. Był najlepszy, wygrywał wszystkie wyścigi. Mama była tancerką i tak się poznali. Nie wiesz? - odrzekła patrząc mi w oczy. - Tata mając 18 lat odciął się od dziadków i poleciał do Londynu wziąć udział w wyścigach. Tam po roku poznał mamę, zakochali się w sobie. Ona tańczyła na pokazach. Potem urodził się Joel, gdy oboje mieli po 20 lat. Zamieszkali razem. Wzięli ślub, następnie ja - oznajmiła, a ja już wiedziałam, czemu Zayn wybrał mnie.

Około 9 pm czasu NY wróciłyśmy z Melissą do hotelu. Byłam wykończona nadmiarem emocji, więc od razu poszłam pod prysznic. Umyłam się dokładnie, wytarłam i ubrałam piżamę. Wróciłam do pokoju, gdzie usiadłam na łóżko włączając telewizję.
- I jak? Cieszysz się, że ją poznałaś? - zapytała Mel grzebiąc w szafie.
- Tak! Jest cudowna, wciąż nie wierzę, że ją mam. Jednak szybko złapałyśmy kontakt - mówiłam entuzjastycznie.
- Nie trzeba było się, tak stresować - uśmiechnęła się idąc do łazienki.
Do był naprawdę ciężki dzień i czas spać. A jutro przenosimy się do mojej siostry. Dalej nie dochodzi do mnie, że mam rodzeństwo. Olivia jest wspaniała, miła i troskliwa. Joel'a poznam jutro.
Niestety rozmowa o Zaynie dała mi dużo do myślenia. Leżąc w łóżku zastanawiałam się, czy go wciąż kocham. Odpowiedź brzmi tak, ale w połowie nienawiść zabrała miłość. Wtedy zadzwonił Louis.
- Hej, księżniczko.
- Cześć. Lou, czy u ciebie nie jest przypadkiem wcześnie rano?
- Jest, ale nie mogę spać. Co u ciebie? Widziałem zdjęcie, które mi wysłałaś z Olivią.
- Tak. Ona jest świetna, z resztą pisałam ci w sms. Cieszę się, że ją poznałam. Jutro się do niej przenoszę i poznam Joel'a.
- To zajebiście! A jak NYC?
- Na razie byłam tylko na Manhattanie i jest super. Kocham to miasto.
- Dobrze, ale wracaj już do nas.
- Wiesz, że to nie takie łatwe.
- Możesz zamieszkać u mnie i nie spotykać się z nimi.
- Oni pewnie już mają gdzieś, to co się ze mną dzieje.
- Wręcz przeciwnie! Sarah śpi w twoim łóżku i codziennie płacze. Nie rozmawia właściwie z nikim oprócz mnie. Pyta o ciebie, ale powiedziałem tylko, że doleciałaś i, że nic więcej nie wiem. Niall nie chodzi do Nando's i też się odciął. Liam w ogóle się odzywa, a Rachel mówiła, że jest ciągle zdenerwowany i płacze w nocy. A Zayn...
- Jeszcze nie czas. Proszę kończmy już, idę spać. Dobranoc Louis.
- Dobranoc, księżniczko.
Odłożyłam telefon na półkę i zaczęłam płakać. On nigdy nie wyjdzie z mojej głowy, bo wciąż go kocham, ale mnie skrzywdził.
_________________________________________________________________
Cholera! Przepraszam, że musieliście tyle czekać ;c Ten rozdział szedł mi wyjątkowo opornie. Na szczęście już jest, ale nie taki jaki miał być. No cóż...
Oglądaliście Ema?? Dawid jest najlepszy!!! Dla mnie i tak wygrał, mimo płaczu, jestem szczęśliwa. Gratuluje też moim pozostałym aniołkom!!! Ari <3 1D <3 Justin <3 Katy <3 Beyonce <3 Ed piękny występ!! Płakałam!!
 Pamiętajcie o zakładkach ;) Dodam jutro nową i zaktualizowałam już bohaterów, na razie nie wszystkich, ale coś jest ;p

20kom=next :)

Ps Kocham was z całego serca <3



sobota, 18 października 2014

~.22.~

Po wystrzale minęły 2 minuty i nikt się nie pojawił, byłam zbyt roztrzęsiona i zdezorientowana, by cokolwiek zrobić. Po prostu siedziałam w tym aucie przygryzając wargę, a Niall trzymał mnie za rękę. Po chwili z budynku wyszedł Zayn, kamień spadł mi z serca. Wiedząc, że żyje nie musiałam się martwić. Wybiegłam z auta rzucając mu się na szyję, przytulił mnie mocno. Poczułam, jak w moje włosy spadła kropelka. On płakał?
- Lucy - wyszeptał umacniając uścisk, było mi tak przyjemnie.
Uniosłam głowę i popatrzyłam mu w oczy, płakał. Złączyłam nasze usta w pocałunku, lecz właśnie wtedy zrozumiałam, że jego koszulka oraz ręce były mokre. Od krwi... Odsunęłam się biorąc głęboki oddech. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że Zayn zabił człowieka. Czułam się z tym okropnie. Pocałowałam kogoś, kto odebrał innej osobie życie. Owszem Alex postąpił źle, ale nie zasługuje by umierać. Sama już nie wiem, co myśleć.
Spojrzałam na swoje ręce, były ubrudzone krwią. Myślałam, że zemdleję.
- Hej, spokojnie. Chodź do auta - odparł pomagając mi iść - Jedźcie za nami - tym razem zwrócił się do chłopaków.
Usiadłam na miejscu pasażera i trzęsłam się z zimna lub strachu, sama już nie wiedziałam. Siedziałam w jednym aucie z mordercą, mordercą którego kochałam.
- Zabiłeś go? - zapytałam przełykając ślinę.
- Tak - wychrypiał patrząc na drogę.
- Co z ciałem? - odchrząknęłam na skraju płaczu.
- Louis z Liamem się tym zajęli - burknął spoglądając na mnie przez jakąś sekundę.
- Co teraz będzie? - wyszeptałam bawiąc się palcami z nerwów.
- Zawiozę cię do domu, jak chcesz to zostanę - powiedział, wiedząc że nie o to mi chodziło.
- Zayn! Zabiłeś człowieka, to nie zniknie od tak - wrzasnęłam machając rękoma.
- Wiem, kurwa! Lucy ty nic nie rozumiesz. Proszę nie rozmawiajmy o tym - uderzył dłońmi o kierownicę, w jego oczach była wściekłość.
Przez resztę drogi nie odzywaliśmy się do siebie, byłam wściekła i roztrzęsiona. Wciąż czułam na sobie łapska Alexa, jego uderzenia oraz gówno, którym mnie nafaszerował. Byłam wściekła, bo Zayn nie chciał ze mną o tym porozmawiać.
Zatrzymaliśmy się pod kamienicą, odpięłam pas i wysiadłam. Pognałam na górę, otworzyłam drzwi od mieszkania. Sarah od razu przytuliła się do mnie.
- Lucy, tak się bałam - wyszeptała gładząc ręką moje plecy.
- Proszę, chcę się umyć i spać. Jestem wykończona - wymamrotałam z przepraszającym spojrzeniem.
- Idź, spokojnie - uśmiechnęła się puszczając mnie.
Udałam się, więc do łazienki, ściągnęłam zniszczone szpilki i rzuciłam je w kąt. Do oczu napłynęły mi łzy, osunęłam się w dół siadając na ziemi. To był najgorszy dzień w moim życiu, najpierw postrzelono Zayna. Potem porwanie, czułam się jak wrak człowieka. Potrzebowałam odpoczynku i ukojenia. Energicznie wstałam, po czym przeszukałam pudełko z różnymi kosmetykami. Znalazłam to, czego szukałam. Żyletka - moja dawna ucieczka od problemów. Dziś czas do niej wrócić. Delikatnie przejechałam nią po udzie, a czerwona ciecz wypłynęła spadając na podłogę. Płakałam krwawiąc.
- Lucy, wszystko ok? - usłyszałam głos Nialla niedaleko drzwi.
- Tak - pociągnęłam nosem. - Wszystko dobrze.
Szybko oczyściłam żyletkę i schowałam ją na miejsce. Następnie zdjęłam sukienkę rzucając ją na ziemię. Popatrzyłam w lustrze na swoje ciało. Było brudne, posiniaczone i obolałe. Chciałam, jak najszybciej zapomnieć.
Weszłam do wany, umyłam siebie oraz swoje włosy. Siedziałam około 15 minut mocząc się w ciepłej wodzie. Po tej dawce zimna było mi to potrzebne. Osuszyłam się ręcznikiem, po czym ubrałam piżamę, która składała się z krótkich spodenek oraz białej bokserce, na którą narzuciłam duży, wełniany sweter. Włosy rozczesałam, wysuszyłam i spięłam w kitkę. Wyszłam z łazienki, już miałam wejść do salonu gdy usłyszałam interesującą rozmowę.
- Masz wszystkie jej dane? o jej rodzinie? - zapytała Sarah.
- Tak, ale ona powinna wiedzieć. Zbyt dużo przeżyła - odparł Louis.
- Lucy zasługuje, by wiedzieć - odezwał się Liam, a moje serce zaczęło mocniej bić.
- Dopóki nie dojdzie do wyścigu nie powinna wiedzieć, potem możemy jej dać papiery i wyrzucić - warknął Harry, to było okrutne.
- Nie wyrzucimy jej! - Niall podniósł głos.
- Bo co? Zrobi to, co ma zrobić i niech znika - mruknął Styles.
- Zayn powiedz coś - nakazał Louis, któremu ta opcja również się nie podobała.
- Niby co?
- No co o tym sądzisz?! Wyrzucisz miłość swojego życia za drzwi? - krzyknął Louis, szczerze nie wiedziałam co o tym myśleć.
- O czym mam nie wiedzieć?! Czemu chcecie mnie wyrzucić?! - wparowałam do pokoju, wściekła jak nigdy.
- O kurwa - zaklął Hazz łapiąc się za kark.
- Lucy, posłuchaj - Zayn wstał i złapał mnie za nadgarstki - To nie tak, jak ci się wydaje.
- A niby jak?! jestem tu tylko, by jechać w wyścigu! - wrzasnęłam wyrywając się.
- Nie! To znaczy taki był plan - wyszeptał z miną, jakby ktoś właśnie go zranił.
- Miałaś pojechać dla nas w wyścigu, a potem zniknąć - powiedział obojętnie Harry.
Popatrzyłam na nich, wszyscy oprócz loczka mieli smutne miny. Moje serce roztrzaskało się na milion kawałków. To nie mogła być prawda...Czułam się okropnie. Jednego dnia spłynęło na mnie tyle przykrości. Czyli cały ten miesiąc był jednym, wielkim kłamstwem?!
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Ubrałam buty emu i wybiegłam z mieszkania. Chłód ogarnął moje ciało, ale nie zatrzymywałam się. Nie chciałam ich teraz widzieć, to najgorszy dzień w moim życiu! Nie wierzę, że tak łatwo uwierzyłam im. Banda zakłamanych skurwieli. Nie mieściło mi się to w głowie.
Zatrzymałam się w parku, usiadłam na murku i podciągnęłam nogi opierając podbródek na kolanach. Miałam gdzieś, że było zimno. Nie obchodziło mnie, że byłam w krótkich spodenkach. Nie zwracałam uwagi na wzrok ludzi. Próbowałam pozbierać się w sobie. Po prostu mój umysł nie dopuszczał do siebie myśli, że to kłamstwo.
- Lucy pogadaj, chociaż ze mną - usłyszałam głos Louisa, który zdyszany stanął przede mną.
- Po co? Żebyś mi kolejnych kitów nawciskał? - warknęłam ciągnąc nosem.
- Wiesz, że to nie tak miało się potoczyć. Byłem przeciwny - usiadł obok mnie patrząc na moją twarz - Oni uparli się, znaleźli cię i chcieli omotać, byś pojechała w wyścigu.
- A dlaczego ja? - zapytałam ocierając łzy.
- Przeczytaj to - podał mi kopertę, po czym wstał i nałożył mi na ramiona swoją kurtkę.
Otworzyłam ją, było pełno papierów, zdjęcia. Nie chciałam tego teraz oglądać.
- Od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale oni się nie zgadzali. Kilka razy ci coś takiego mówiłem - wtedy właśnie wszystko mi się przypomniało, Louis często pobąkiwał, że jest coś czego nie wiem i on chce mi to wyjaśnić, ale nie może. Wtedy to nie miało takiego znaczenia.
- Nie twierdzę, że jestem święty...
- Ok - wyszeptałam przytulając się do niego.
- Chodźmy, bo się przeziębisz - odparł z troską łapiąc mnie za rękę.
- Nie chcę tam wracać! Oni już dla mnie nie istnieją - wyszlochałam po raz kolejny nasilając łzy.
- Wiem, ale musisz z nimi porozmawiać. Też ci chcą wyjaśnić wszystko, a szczególnie Zayn - rzekł obejmując mnie ramieniem, następnie udaliśmy się do mieszkania.
Nie chciałam rozmawiać z nikim, najchętniej zamknęłabym się w pokoju i krzyczała na cały świat. Zostałam oszukana. Całe może życie jest beznadziejne, najpierw ten dom dziecka, potem kłamstwo. Nie zdzierżę już tego.
Weszliśmy do mieszkania, a zaraz przy wejściu podbiegła do mnie Sarah.
- Lucy błagam, wysłuchaj nas - wybełkotała powstrzymując się od płaczu, zaraz płaczu? On nigdy wcześniej nie płakała.
- To nie miało być tak - Niall złapał mnie za rękę patrząc w moje oczy. Wyrwałam mu się, moja twarz nie wykazywała emocji.
- Owszem wszystko planowane, ale polubiłam cię. Nie wiem, dlaczego ci nie powiedziałam. Po prostu żałuję swojego błędu i nie chcę, żebyś cierpiała. Dopiero dziś zobaczyłam, jak wiele przeżyłaś - tłumaczyła Sarah, lecz dla mnie jej słowa były puste.
Popatrzyłam na nich, Sarah płakała bełkocząc przeprosiny. Niall nie mógł skleić słowa, Liam siedział na podłodze i płakał. Zayn zniknął, a Louis stał za mną. Weszłam szybko do swojego pokoju i zatrzasnęłam się w nich. Na dziś mam dosyć, rzuciłam kopertę pod łóżko. Okryłam się kołdrą płacząc. Słyszałam, jak Louis tłumaczył, że dziś nie ma sensu ze mną rozmawiać. Mój umysł nie wytrzymał, podeszłam do biurka i wyciągnęłam z pudełka moją drugą żyletkę. Przeszłość wraca.
Usiadłam na łóżku, zrobiłam dwie kreski na nadgarstku, czerwona ciecz spływała po mojej ręce. Ukojenie przyszło szybko. Następnie powtórzyłam czynność na udzie. Cholernie tego potrzebowałam. Ból, którego nie uczyłam. On był, jak pusta monotonia, ale pomagała. Ludzie skarżą się, że ich życie jest takie same, bez rewelacji. A dla mnie ta zwyczajność była czymś. Pomagała mi zwalczyć problemy.
Tego potrzebowałam.

Rano obudziłam się przez promyki słońca, które postanowiły padać prosto do mojego pokoju. Przetarłam oczy i zobaczyłam, że pościel jest brudna od krwi. Zdjęłam ją, rzuciłam na podłogę przy drzwiach i podeszłam do szafy. Wybrałam ubrania, które założyłam od razu. Szybko przemknęłam do łazienki, gdzie wrzuciłam brudną pościel. Umyłam zęby, rozczesałam włosy i zrobiłam delikatny makijaż. Usłyszałam pukanie do drzwi, wyszłam nie zwracając uwagi na Sarah.
- Lucy nie mogę cię stracić, to dzięki tobie się zmieniłam. Proszę wysłuchaj mnie, na prawdę żałuję moich czynów - mówiła, gdy brałam torebkę.
Wyszłam z mieszkania nie odzywając się do niej, zbiegłam na dół i kierowałam się do Starbucks'a. Zapach kawy w środku jeszcze bardziej zachęcił mnie do wejścia. Zajęłam miejsce przy oknie, po czym poszłam zamówić cappuccino oraz croissanta. Nie jadłam śniadania, bo nie zniosłabym obecności Sarah. Nagle dostałam sms, wyjęłam telefon i zobaczyłam, że jest tego więcej. 7 nieodebranych połączeń i 3 sms od Liama, 2 sms od Louisa, 4 nieodebrane od Nialla i ten dzisiejszy sms od Melissy. Prosiła o spotkanie, napisałam gdzie jestem, a ona zaraz się zjawi.

Po około 15 minutach Mel zawitała do kawiarni, opowiedziała jej dosłownie wszystko co sama wiedziałam.
- Jezu...Kochanie, tak mi przykro - przytuliła mnie. - Oni nie są tego warci - dodała patrząc na moje nadgarstki.
- Ale ja ich kochałam, jak przyjaciół. A Zayn...ja...byłam gotowa mu się oddać - wymamrotałam ocierając łzy.
- Nie myśl o tym, wierzę że znajdziesz kogoś lepszego. Proszę nie płacz, wiem że boli. Jednak nie możesz się, tak zadręczać - wyszeptała jeżdżąc dłońmi po moich plecach. - Zobaczmy, co masz w tej kopercie.
Wyjęłam ją z torebki i otworzyłam ciągając nosem. Była to, jakby karta mojego pobytu w domu dziecka. Wszystkie moje dane, protokoły z rozmów, które odbywały się codziennie. Obserwacje psychologów i wszystkie możliwe dane o mojej rodzinie. Najpierw postanowiłam przeczytać protokoły.

" 23 października 2001
- Lucy, czy pamiętasz co wydarzyło się dokładnie rok remu?
- Byłam tu, bawiłam się lalkami w świetlicy.
- A wiesz, dlaczego tu jesteś?
- Jestem tu, bo to mój dom. Tu przyszłam na świat. 
- A gdzie twoi rodzice?
- Ja ich nie mam, jestem jak wszyscy stąd. Nie mamy rodziców, jesteśmy inni. "

Myślałam, że zwariuję. Co to ma do cholery być?! Owszem nie wiem, co stało się z moimi rodzicami, ale nie jestem na tyle pierdolnięta, by mówić, że ich nie mam i jestem inna. Kurwa.
- Co za brednie! Co się stało z twoimi rodzicami?! - odparła Melissa po przeczytaniu.
- Nie wiem, ale na pewno nie wzięłam się kurwa z księżyca - warknęłam przeszukując pozostałe papiery.
Znalazłam informacje o sobie.
Lucy Ann Collins
Urodzona 15.03.1996 w londyńskim szpitalu St. Mary's Hospital. 
Rodzice: Diana Beth Collins/ panieńskie Gonzalez  i Andrew Jake Collins. 
Rodzeństwo: Olivia Isabella Collins ur. 7.05.1990 oraz Joel Patrick Collins 28.11.1987
Rodzice matki: Daniel Carlos Gonzalez ur. 14.01. 1945 oraz Mirabella Ruth Gonzalez ur. 6.02.1945
Rodzice ojca:  Philip Dominick Collins ur. 17.07.1944 oraz Eleanor Michelle Collins ur. 22.11.1945
Rodzice zmarli 23 października 2000 roku w katastrofie lotniczej. Nie znaleziono kontaktu z pozostałymi członkami rodziny, więc dziewczynka została przeniesiona wraz z rodzeństwem do ośrodka dla dzieci. 3 grudnia rodzeństwo adoptowano, a ona została w domu dziecka do ukończenia pełnoletności i 2 klasy liceum. 

Mam rodzeństwo? To się robi chore, czemu nic nie wiedziałam? Mój mózg nie ogarniał nadmiaru informacji. Napiłam się resztki cappuccino i próbowałam opanować mocne bicie serce poprzez wdechy i wydechy. 
- Lucy, spokojnie. Jestem tutaj, pomogę ci. Znajdziemy twoje rodzeństwo i porozmawiamy z nimi. Będę przy tobie cały czas - mówiła coraz mocniej mnie przytulając.
- Mel, wyczytaj gdzie oni wszyscy mieszkają - poprosiłam opierając się o fotel.
- Olivia i Joel w Nowym Yorku, a dziadkowie nie jest napisane - oznajmiła po przeczytaniu.
- Jedziemy do Stanów, pakuj się - nakazałam, byłam gotowa zrobić to teraz.
- Że dziś? - zapytała zdziwiona.
- Tak, chcę ich poznać - odparłam stukając palcami w stolik. - Jest dokładny adres?
- Jest, ale to pochopna decyzja. Mogą cię odrzucić - Mel próbowała opanować mój zastrzyk zbyt wielu decyzji.
- Trudno, nie zniosę ani dnia dłużej wśród chłopaków i Sarah - powiedziałam krzyżując ręce pod biustem.
- Powinnaś z nimi jeszcze pogadać, a szczególnie z Zaynem i możemy jechać. Z resztą przez przeprowadzkę nie pojechałam z rodzicami na żadne wakacje, więc może się zgodzą - uśmiechnęła się pod koniec.

Zdecydowałyśmy się na lot do Nowego Yorku, może i to spontaniczne, ale muszę poznać swoją rodzinę. Mam tylko ją, Olivia i Joel to moje rodzeństwo. Muszę ich poznać, nie wiem jacy są. Jednak zależy mi. Obecnie dowiedziałam się jeszcze, że ten dom dziecka to jakiś psychiatryk. 
- Więc tak po prostu wyjedziesz? - zapytała Sarah opierając się o framugę moich drzwi, gdy się pakowałam.
- Tak, znajdę ich i zobaczy się, co dalej - odparłam beznamiętnie upychając ubrania do walizki.
- Gdzie się zatrzymasz? - mruknęła najwyraźniej niezadowolona z mojego wyjazdu.
- Na początek w hotelu - oznajmiłam zakładając kosmyk włosów za ucho.
- O której masz lot i kto po ciebie przyjedzie? - zaczęły denerwować mnie jej pytania.
- O 22:15 i Louis mnie podwiezie, a Melissa będzie na lotnisku - burknęłam zapinając walizkę.
- Baw się dobrze, tylko proszę zadzwoń do mnie. Wiem, że mnie nienawidzisz, ale nie wytrzymam bez ciebie. Lucy błagam wybacz mi, tak strasznie przepraszam - mówiła, a z jej oczu wypłynęły łzy.
Nagle po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi, pognałam otworzyć to Louis przyjechał po mnie. Posłałam Sarah wymowne spojrzenie, po czym zabrała moją torbę i zszedł na dół.
- To cześć - mruknęłam sprawdzając, czy mam wszystko co mi potrzebne.
- Pa - rozłożyła ręce, by mnie przytulić, lecz szybko je opuściła.
Wybiegłam z mieszkania, po czym wsiadłam do auta Louisa i zapięłam pas.
- To jedziemy - odparł odpalając silnik.
- Nie wierzę, że za 8 godzin będę w Nowym Yorku - uśmiechnęłam się klaszcząc w dłonie.
- Lucy może ja polecę z wami, tak bezpieczniej - wymamrotał niepewnie.
- Nie, poradzimy sobie. To maksymalnie miesiąc, damy radę. Chcę tylko, żebyś nie mówił nikomu, że się z tobą kontaktuje podczas pobytu - poprosiłam przygryzając wargę.
- Dobrze, ale Zayn na pewno będzie pytał - rzekł skręcając w jakąś dziwną uliczkę, to nie była droga na lotnisko.
- Gdzie ty jedziesz? - zapytałam rozglądając się i wtedy zobaczyłam Zayna z rękoma w kieszeniach spodni opartego o murek za jakimś blokiem. - Nie! zabierz mnie stąd natychmiast! Louis, kurwa no!
- Zrób mi i jemu przysługę, idź - powiedziałam z błagalnym wzrokiem.
- Palant - fuknęłam wychodząc.
Przewróciłam oczami i udałam się w stronę Zayna.
- Cześć - mruknął wstając, patrzył intensywnie na mnie.
- Hej, a więc jestem - wymamrotałam siadając.
- Wiem, że to wszystko zburzyło relacje między nami. Pewnie myślisz, że jestem cholernym skurwysynem...
- Owszem - mruknęłam zakładając ręce pod biustem.
- Ale ja naprawdę...zależy mi na tobie Lucy...Może tego teraz nie dowiodłem, ale...
- Nie chcę tego słuchać! - przerwałam mu przełykając ślinę. Nastała minutowa cisza.
- A, więc wyjeżdżasz dziś wieczorem? - zapytał uderzając nogami o murek, na którym siedzieliśmy.
- Tak - odparłam patrząc na swoje dłonie.
- Mogę cię chociaż ostatni raz przytulić? - odparł błagalnie zgryzając górną wargę.
- Wybacz, ale nie potrafiłabym przytulić potwora, jakim jesteś - rzekłam, a z jego oczu wypłynęły łzy.

_________________________________________________________________________
Witajcie :) O to i chyba najbardziej wyczekiwany i najdłuższy rozdział tego bloga XD Moim zdaniem nie wyszedł on taki, jaki miał wyjść. Jednak ocenę zostawiam wam, wciąż nie wyjaśniło się wszystko, ale wiele za wami ;) Skarby Zayn nie mógł umrzeć XD Inaczej ten blog nie miałby sensu.

Kochani muszę zwiększyć liczbę komentarzy, bo nie wyrabiam z pisaniem. Szybko pokonujecie limit (z czego jestem dumna), a ja nie zdążam napisać rozdziału. Mam dużo obowiązków w szkole i potrzebuje więcej czasu. Proszę nie obrażajcie się :)
Dziękuje wam bardzo za to, że jesteście i komentujecie <3 To dla mnie naprawdę ważne!
20 kom = next :)
Ps Proszę zostawiajcie linki do swoich blogów w zakładce SPAM :)

sobota, 4 października 2014

~.21.~

Siedziałam tam słuchając, jak oczernia mojego chłopaka i powoli zaczynałam w to wierzyć. Zayn jest zdolny do złych rzeczy, ale co takiego zrobił P?
Moja skóra była brązowa od brudu, a włosy potargane oraz umazane. Było mi cholernie zimno, czułam się taka zgubiona. Wciąż nie wiedziałam, kim do końca jest P.
- Zrozum, że on nie zasługuje na twoją miłość. Jest zwykłym draniem - wychrypiał przybliżając się do mnie.
- Ale co on ci zrobił? - zapytałam nieśmiało, bałam się.
- Zabił moją żonę i rodziców - wybełkotał, a po jego policzkach spłynęły łzy. - Zabił ich, bo chciał żebym cierpiał.
- Czyli, jakoś musiałeś mu podpaść - stwierdziłam masując swoją rękę, miałam na niej siniaka.
- A to nie twoja sprawa, Lucy - burknął podchodząc do krzesła, które stało w rogu.
- Powiedz mi chociaż kim jesteś. Chcę poznać mojego prześladowcę - wymamrotałam przestraszona tą całą sytuacją.
- Zamknij się w końcu - krzyknął podchodząc do mnie i uderzając mnie w twarz.
Mój policzek pulsował, a rozum nie wiedział co się właśnie stało. Czułam, że zemdleję i tak się stało.

Przetarłam swoje, opuchnięte oczy i zobaczyłam przed sobą P. Byłam już w większym, jaśniejszym oraz cieplejszym pomieszczeniu. Leżałam na kocu pod ścianą, były tu duże okna umieszczone wysoko, to po prostu stary magazyn.
- Głupia jesteś, ale masz w sobie coś czego nie mogę rozgryźć - powiedział mrużąc oczy.
- Niby co? - prychnęłam podnosząc się do pozycji siedzącej.
- Zayn się w tobie zakochał, musisz być inna niż wszystkie. Perrie też była - odparł, co spowodowało mocniejsze bicie serca w moich piersiach. Z-a-y-n -s-i-ę -w-e-m-n-i-e-z-a-k-o-c-h-a-ł.
- Znałeś Perrie? - mruknęłam, bo to było jedyne co mogłam z siebie wydobyć.
- Tak. Miałyście coś wspólnego. Obie lubicie pakować się w kłopoty i robić wszystko same. Perrie była bardziej odważna i niebezpieczna niż ty. Ona w pewnym sensie współpracowała z chłopakami, w końcu stała się niezależna - mówił krążąc po pokoju. - Ty jesteś cenniejsza, każdy wie że Malik zrobi dla ciebie wszystko. Aż trudno uwierzyć, że taka mała cnotka rozkochała w sobie takiego gościa.
Wszystkie jego słowa przyprawiały mnie o dreszcze. Z tego wynika, że Zayn na prawdę mnie kocha lub P po prostu kłamie, bo ma jakiś plan. Nie zmienia to faktu, iż moje serce bije mocniej gdy wypowiada te słowa.
- P, mogę wiedzieć jak się nazywasz? - spytałam odgarniając brudne kosmyki z twarzy.
- I tak zaraz zginiesz, więc możesz to wiedzieć. Alex Frost - rzekł, a ja czułam jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Jak to zginę? - załkałam przerażona.
- Ahhh te baby, wszystko musicie wiedzieć - burknął podchodząc do stolika przy oknie.

Siedząc tam chyba z godzinę dużo myślałam. Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Dlaczego tu jestem?! Płakałam, ale Alex bił mnie krzycząc i musiałam tamować łzy. Przez większość czasu siedział przy biurku z laptopem lub w papierach, robił chyba coś ważnego.
- Dobra, już czas - krzyknął zrywając się z krzesła i szedł energicznym krokiem w moim kierunku.
- Na co? - popatrzyłam na niego zdziwiona.

- Dam ci telefon, zadzwonisz do Zayna i powiesz, że czekasz tu na niego. On cię namierzy, przyjedzie tutaj. Zacznij może płakać to się pośpieszy - instruował podając mi telefon.
- Czemu to ma służyć? - zapytałam niezbyt przekonana do jego planu.
- Dzwoń kurwa - warknął przystawiając mi broń do skroni. Teraz to już widziałam swoją śmierć, jestem pewna, że zginę dzisiaj w tym przebrzydłym magazynie z rąk świra Alexa.
Przyłożyłam telefon do ucha i pociągnęłam nosem, w moich oczach już zbierały się łzy.
- Halo -  powiedziałam głosem drżąc z przestraszenia.
- Lucy?? - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Tak. Błagam przyjedź po mnie - załkałam, a Alexa to bawiło.
- Jezus...Skarbie, gdzie ty jesteś?! - krzyczał, słyszałam że się przemieszcza.
- Nie wiem, ale musisz mnie stąd zabrać. On mi grozi - płakałam, natomiast Alex coraz głośniej się śmiał.
- Jaki on? Lucy, co się dzieje? - wręcz wrzeszczał, lecz ja nie mogłam wykrztusić z siebie słowa.
- Kocham cię - rzekłam wiedząc, że to najprawdopodobniej ostatni raz kiedy z nim rozmawiam. A on musi wiedzieć, że się w nim zakochałam. Wtedy właśnie Alex wyrwał mi telefon.
- Przyjedź po swoją zgubę za nim zrobię jej krzywdę - wysyczał, po czym rzucił urządzenie na ziemie i strzelił w nie, przez co rozpadło się na milion kawałków.
Płakałam, jak głupia. Nie wierzę, że to moja ostatnia godzina życia. Nie zobaczę już przyjaciół, Zayna i świata. Mam 18 lat, a przez miłość zostanę zabita. To okropne...
- Jak się rozkleiła - wybuchnął śmiechem idąc w stronę biurka.
Jego głos latał po mojej głowie, czułam się taka zagubiona i zniszczona.
Skuliłam się i okryłam kocem. Moje łzy leciały strumieniami, to mój koniec.
- Zabiłeś Perrie? - zapytałam z wściekłością w oczach.
- Bingo - uśmiechnął się.
- Dlaczego? - krzyknęłam głosem drżącym od płaczu.
- Wiesz, Lucy. Jeśli masz wroga lepiej zmusić go, żeby cierpiał niż go zabić. Dla Zayna większą traumą była śmierć Perrie, niż gdybym go zabił. Życie ze świadomością, że przez jego błędy ona umarła na pewno jest gorsze. Teraz posunę się do straszniejszych czynów, zniszczę go - mówił oschle patrząc mi w oczy.
Odsunęłam się, zasłoniłam twarz. Jednak liny krępowały moje ruchy i wyglądałam, jak paralityk. Podeszwy moich butów na pewno były już starte, a sukienka porwana we wszystkich miejscach. Usłyszałam, jak Alex wstaje z krzesła i idzie w moich kierunku.
- Jest twój kochaś - warknął podciągając mnie do góry.
Poczułam ulgę jeszcze na chwilę zobaczę Zayna. Jednak zginę na jego oczach, więc to o to chodziło Alexowi. To dlatego mnie tu porwał i kazał zwabić Malika. Żeby widział moją śmierć, to takie oczywiste. I genialne - muszę to przyznać.
Nagle ogromne drzwi otworzyły się, a w nich stanęli chłopcy z bronią w ręku. Zauważyłam jednak, że wśród nich nie było Louisa.
- Wiedziałem, że jej sobie nie odpuścisz - warknął Alex przyciągając mnie do siebie, przystawił mi pistolet do głowy i trzymał mocno.
- Frost, puść ją!!! - wrzasnął Harry podchodząc bliżej.
- Przecież ona ci nic nie zrobiła, zabij mnie - powiedział Zayn idąc w jego kierunku.
- Jeszcze krok, a zabiję ją na twoich oczach. Perrie przy tym to nic, prawda? - szydził sobie z niego, a ja widziałam jak po jego policzku spłynęła łza.
- Oboje wiemy, że nie chcesz jej zabić. Chcesz, żebym to ja cierpiał - splunął ukazując męstwo, ale wiedziałam że od środka płakał.
Gdy chłopcy zagadywali Alexa, a ja usłyszałam dziwny szmer. Spojrzałam w górę, Louis zwisał jak ninja z sufitu. Na początku myślałam, że padnę ze śmiechu, ale potem Tommo pokazał mi że mam być cicho. Powoli opuszczał się na linie w dół, nagle wyrwał Alexowi broń i stanął na ziemi. Wymierzył do niego, a mnie pociągnął za siebie. Frost sięgnął do kieszeni, wyjął z niej wisiorek.
- A to pamiętasz? - zapytał w stronę Zayna.
- Oddaj to! - wrzasnął podchodząc do szaleńca.
Wtedy Niall postrzelił go w nogę, wiedziałam że nie chybił. Oni mają jakiś plan. Zayn podbiegł do mnie, złapał mnie za rękę i oddał Niallowi oraz Harremu.
- Idziemy do auta - mruknął Styles wychodząc z budynku.
Dopiero teraz zobaczyłam, że budynek w którym tyle czasu spędziłam był na jakimś pustkowiu. Niall pomógł mi wejść do samochodu Zayna, przykrył mnie kocem i podał wodę, która była w schowku. Okrążył samochód, po czym wsiadł do środka. Harry natomiast stał przed autem.
- Lucy, sam nie wiem co powiedzieć - zaczął niepewnie.
- To był koszmar, ja chcę do domu - z moich oczu poleciały łzy, Horan lekko mnie przytulił.
Nagle usłyszałam huk wystrzałowy, serce prawie wyskoczyło z moich piersi. Nagle zobaczyłam przy drzwiach sylwetkę Liama i Louisa. Poczułam, jak wszystko się we mnie ściska. Mój żołądek wywinął fikołka, a mózg przestał funkcjonować. To było jasne, albo Alex albo Zayn nie żyje...

_______________________________________________________________________________
Witajcie :3 O to i trochę prawdy, ale jeszcze wiele przed wami!!! Mam nadzieję, że choć trochę spodobał się wam ten rozdział :)
Proszę drogie anonimki o podpisywanie się w komentarzach :)
Mam do was prośbę: Moja przyjaciółka właśnie zaczęła pisać bloga, moglibyście kiedyś zajrzeć? http://my-life-as-rose.blogspot.com/
Dziękuje wam, że jesteście ze mną tyle czasu ♥ To już 12 tysięcy wyświetleń!! 
10 kom=next 

niedziela, 28 września 2014

~.20.~


10 kom=next
Dryyyyń, dryyyyń, dryyyyyń!
Mój mózg jeszcze nie analizował, co się dzieje. Wybudził mnie jednak dźwięk telefonu, przeciągnęłam się i rozejrzałam. Leżałam na swoim łóżku razem z Melissą, na podłodze była Sarah, a Rachel rozwaliła się na fotelu. Wciąż była w ubraniach z wczorajszego wieczoru, nie pamiętałam co się stało. Po chwili Mel zaczęła się wybudzać, bo pewnie natrętny telefon nie dał jej spać. Wyciągnęłam go z torebki, po czym odebrałam połączenie od Zayna.
" Halo "
" Lucy? "
" Tak, kto mówi?"
O dziwo to nie był mój chłopak, zdezorientowana podciągnęłam się na łokciach i ziewnęłam.
" Deen, pamiętasz? Odwoziłem cię "
" Pamiętam, co się stało? "
" Zayn przyjechał do mnie w nocy, on jest postrzelony w brzuch. Opatrzyłem ranę, ale teraz jest strasznie słaby. Ja muszę jechać do pracy, proszę przyjedź po niego. Strasznie się upiera, że chce cie zobaczyć. Klucze są pod wycieraczką, a zaraz wyślę ci adres. Tylko, że musiałabyś przyjechać metrem, bo trzeba zabrać jego auto "
" Jezus Maria..."
Telefon wypadł mi z ręki, a łzy poleciały po policzkach. Zayn postrzelony?! Czułam, jak mój żołądek wywinął fikołka. A tysiące pytań latały po głowie. Czy to P? Czy Zayn przeżyje? Jak wielka jest rana?
- Lucy, co się stało? - Mel podbiegła do mnie i próbowała zrobić coś, aby przywrócić mnie do świata.
Chwyciłam telefon i mruknęłam, żeby Devon wysłał mi numer, a zaraz będę.
- Zayn'a postrzelili - wymamrotałam rozkojarzona siadając na łóżku.
- Jak to? Mów! - zaniepokoiła się Sarah.
- Nie wiem, muszę tam jechać - wstałam wkładając telefon do torebki.
- Gdzie? Lucy! Co cię kurwa dzieje? - wrzasnęła Sarah łapiąc mnie za nadgarstek.
- Jadę po niego, a wy zaczekajcie. Proszę - spojrzałam na nią błagalnie.
- Chcesz jechać, tak? - zapytała Rachel przecierając oczy.
- Muszę go zobaczyć, bo zwariuję. Pozwólcie mi już iść - odparłam otwierając drzwi.
Szybko pobiegłam na stację metra przyciągając spojrzenia ludzi, wyglądałam okropnie. Ale to się nie liczyło, musiałam zobaczyć Zayna. On tam leżał pół przytomny. Wsiadłam do wagonu i wyciągnęłam małe lusterko z kieszeni. Przetarłam lekko palcem rozmazany makijaż, poprawiłam włosy, po czym wrzuciłam gumę do buzi.
Stanęłam przy dużych drzwi domu, przy którym stało auto mojego chłopaka. Wyciągnęłam kluczyki spod wycieraczki i weszłam do środka.

Podbiegłam do Malika, który zwijał się z bólu na kanapie opatulony kocem. Złapałam go za rękę, a on swoimi zmęczonymi oczami popatrzył na mnie,
- Tak się cieszę, że jesteś - wychrypiał przykładając moją dłoń do swojego policzka.
Ja uśmiechnęłam się i złożyłam delikatny pocałunek na czole chłopaka.
- Zabieram cię do domu - wyszeptałam przytulając go.
Moje serce od razu przestało nerwowo wybijać rytm, a spokojnie biło. Wiedząc, że żyje i jest bezpieczny mogłam czuć ulgę. Wzięłam klucze od jego auta i poszłam przygotować wszystko, aby mógł wygodnie jechać. Wczołgałam go opornie, bo z moimi 160 cm nie było to łatwe. Usiadłam za kierownicą, po czym ruszyłam w kierunku swojego mieszkania.
- Zayn, co się stało? - rzekłam patrząc na niego w lusterku.
- Wiesz przecież - mruknął oschle marszcząc nos z bólu.
- Kto cię postrzelił? - zapytałam przygryzając wargę.
- Nie wiem.
Nie chcąc już go męczyć postanowiłam o nic nie pytać, dopóki się nie zdrzemnie. Pod domem czekały na mnie dziewczyny, które pomogły mi wnieść Zayna na górę. Położyłyśmy go w moim łóżku, a same udałyśmy się do kuchni.
- Co się stało? - zaczęła Rachel.
- Wybaczcie, ale głowa mi pęka. Idę się umyć - odparłam przecierając oczy.
Weszłam po cichutku do swojego pokoju i chwyciłam pierwsze lepsze ubrania. W łazience wyszorowałam zęby, zmyłam resztki makijażu oraz wzięłam kąpiel w wannie. Dokładnie umyłam ciało oraz włosy, gdy nagle zobaczyłam w lustrze coś dziwnego. Miałam na plecach napisane P. Przerażona upuściłam mydło. P mnie dotykało... Wtedy właśnie przypomniały mi się wydarzenia z wczoraj. Upiłyśmy się na imprezie i wracając podjechało jakieś auto. Wsiadłyśmy do środka, a ten ktoś jechał bardzo szybko. Widziałam czarny kaptur oraz rękawiczki. Potem zasnęłam.
Czułam się okropnie, nie zniosę tego więcej. Powiem o P komuś zaufanemu, mam dość tych sytuacji. Jednak dziwi mnie, że ten świr miał mnie w garści ale zostawił.
Osuszyłam ciało ręcznikiem, ubrałam się. Rozczesałam włosy i poszłam z powrotem do kuchni, gdzie siedziały dziewczyny. Opowiedziałam im, co się stało jedząc śniadanie.
- A pamiętacie, jak znalazłyśmy się w domu? - zapytała Rachel.
- Jechałyśmy taksówką - rzuciła Melissa.
- Dobra, ja już się zbieram. Dzięki za wczoraj, paa - pożegnała się Rachel biorąc swoje rzeczy.
- Ja też, cześć - uśmiechnęła się Mel wychodząc za Rach.
Posprzątałam po sobie i udałam się do swojego pokoju.
- Chodź tu - mruknął Zayn odgarniając kołdrę.
Położyłam się obok niego, ucałowałam go i zamknęłam oczy. Poczułam, jak ręka chłopaka oplotła moją talię.
- Lucy, dziękuje - wyszeptał w moje włosy.
- Nie masz za co, zawsze będę przy tobie - powiedział ściskając mocniej jego dłoń.
Czułam się, tak cudownie mając Zayna tylko dla siebie. Chciał, żebym to ja po niego przyjechała. Nikomu innemu nie daje swojego samochodu, nikomu innemu nie pozwala się przytulać.

- Lucy, wstawaj - obudziły mnie te dwa słowa i szturchnięcie w rękę.
- Co jest? - zapytałam ospale, wyswobadzając się z objęć Malika.
- Chodź na chwilę - ujrzałam Liama i Nialla nad sobą, po czym poszłam za nimi.
Zamknęłam pokój, aby Zayn spokojnie spał i udałam się do salonu.
- Jak z nim? - powiedział Horan usadowiając swój tyłek w fotelu.
- Rana opatrzona, ale jest słaby i śpi - oznajmiłam krzyżując ręce pod biustem.
- Wiem, że nie o tym powinniśmy gadać, ale co z wyścigiem? - wymamrotał niechętnie Payne.
- Zayn nie pojedzie, jest zbyt słaby - wtrąciłam od razu.
- To kto? my już nie możemy - odparł Niall pocierając ręce.
- Nie wiem, to nie jest najważniejsze. On musi wyzdrowieć - mruknęłam bawiąc się paznokciami.
- Lucy, oni nas zabiją jeśli nie przystąpimy do wyścigu - krzyknął Liam wymachując rękoma.
- To prawda - wtrąciła Sarah, który nagle pojawiła się w salonie.
- Lucy, może ty...
- Nie! nie proś nawet - przerwałam znając jego prośbę.
- Ale tylko ty umiesz jeździć - Horan próbował mnie przekonać.
- Zrób to dla Zayna - dodała Sarah patrząc mi prosto w oczy.
- Proszę cię Lucy - usłyszałam ochrypły głos Malika.
Odwróciłam się i zobaczyłam go opartego o ścianę. Ledwo stał na nogach, chwiał się. Razem z Liam'em pomogliśmy mu położyć się na kanapie.
- Zayn, wiesz...
Usiadłam obok, a on położył dłonie na mojej tali. Ja swoimi ujęłam jego twarz.
- Proszę cię - wybełkotał ciężko oddychając.
- No dobrze - zgodziłam się niechętnie, to będzie koszmar.
Czułam, że źle robię. Jeśli pojadę ściągnę na siebie uwagę tych Japończyków i będę mieli mnie na celowniku. Jednak nie pozwolę, by zabili chłopaków.

Zayn jest coraz silniejszy, ale nie na tyle by jeździć. Siedzi na murku i obserwuje, jak ćwiczę. Louis mi pomaga, jednak to nie zmienia faktu że cholernie się boję. Z moimi 160 cm nie mam szans, wszyscy mnie wyśmieją.
- Dobra, księżniczko. Jesteś gotowa - uśmiechnął się Lou, gdy przekroczyłam metę.
- Na prawdę? - zapytałam odchrząkając.
- Tak, idź do swojego kochasia - mrugnął patrząc na Malika.
Zaśmiałam się, po czym pobiegłam do chłopaka. Przytuliłam go, uczucie jego ciepła było takie przyjemne i wspaniałe.

Właśnie przyjechaliśmy ponownie na tor, było już pełno ludzi i świateł. Przez godzinę odpoczywałam przygotowując się psychicznie do starcia z groźnymi typami Keijirō. Myślałam, że dostanę palpitacji serca. Stojąc ubrana w niebotycznie wysokie, fioletowe szpilki i czarną sukienkę z falbanami  nie czułam się komfortowo. Strasznie się denerwowałam. Chłopcy przygotowywali auto, a Sarah poszła z Rachel po picie. Nagle poczułam, jak coś brzęczy mi w torebce. To mój telefon, który wyjęłam i odczytałam wiadomość, która przyprawiała mnie o mdłości.
" Chcesz mnie w końcu poznać i to zakończyć? Czekam na ciebie kłamczucho w składziku za budynkiem. Buziaki -P. "  (ang. " Do you want to know who i am and let it gone? I'm waiting for liar in storeroom. Kisses -P. " )
Przez głowę przeleciały mi wszystkie myśli, a nogi ugięły się. Myślałam, że P zniknęło. Że ktoś sobie odpuścił, ale najwidoczniej nie. Po tej akcji z częścią cholernie się bałam, bo jeśli oni pomyśleliby że to ja majstrowałam przy aucie przeciwnika Louisa to pewnie, by mnie zabili. A ja zostałam wrobiona przez P. Potem historia z oponami, zacisnęłam zęby i spojrzałam na zegarek. Jeszcze 7 minut do wyścigu, zdążę. Zaciskałam ręce w piąstki idąc za budynek. Kurewsko się bałam i nie mogłam znieść tego, że za chwilę zobaczę tego świra. Zobaczyłam składzik, zamarłam. Przełknęłam nerwowo ślinę i otworzyłam drzwi. Znalazłam sznurek, który pociągnęłam a światło zapaliło się. Dosłownie całe ściany były obwieszone zdjęciami, moimi zdjęciami. Co robiłam przez ten miesiąc było uwiecznione na fotografii. Moją uwagę przykuły te, na których leżałam w samochodzie a obok mnie Melissa. Na następnych widać moją rękę i Sarah z Rachel. Na dużym stole leżało pudełko z paragonami po moich zakupach, lala wyglądająca jak ja oraz jakieś papiery. Dalej stało duże biurko, pełno komputerów i mrugających przycisków. Nagle usłyszałam trzask, odwróciłam się, poczułam jak ktoś przykłada mi coś do ust. Widziałam rękę w czarnej bluzie oraz rękawiczce, potem odpłynęłam.

Czułam jakąś blokadę, moje ciało odmawiało posłuszeństwa. A chłód, który je przeszywał co chwilę narastał. W końcu udało mi się otworzyć oczy. Miałam związane ręce i nogi sznurem, byłam cała brudna, a sukienkę miałam podartą. Leżałam na podłodze w ciemnym pomieszczeniu przypominającym więzienie. Moje serce waliło, jak szalone. Co ja tu robię? Byłam przerażona. Nagle usłyszałam czyjeś kroki, a chwilę później drzwi otworzyły się. Ujrzałam w nich wysoką, umięśnioną postać. To mężczyzna o jasnych włosach i niebieskich oczach. Podszedł do mnie, po czym podciągnął mnie do góry.
- Obudziłaś się w końcu - wysyczał patrząc mi w oczy.
- Kim jesteś? - warknęłam z wściekłością w oczach.
- Jestem twoim koszmarem, Lucy. Jestem z tobą nawet, kiedy myślisz że jesteś sama. Jestem w twoim umyśle i pod twoją skórą, jestem P - mówił lustrując mnie całą, był taki poważny i dokładny.
- Czego ty kurwa chcesz? - załkałam, czułam się taka zagubiona i bezsilna.
- Księżniczko - założył kosmyk moich włosów za ucho, lecz szybko odsunęłam się co wywołało uśmiech na jego twarzy - Ode mnie nie uciekniesz. Ale pewnie chcesz wiedzieć, czemu tu jesteś. Powiem ci, że ty nic nie zrobiłaś. Nic. Twój ukochany Zayn namieszał tyle, że w twojej główce się to nie zmieści.
- O czym ty gadasz? - mruknęłam zdziwiona, co Malik ma wspólnego z P?
- Lucy, on nie jest tym za kogo się podaje. Zasługuje na ból i cierpienie, odbiorę mu wszystko - odparł chodząc po pokoju z wściekłą miną. Myślałam, że zaraz wybuchnie, ale jednocześnie nie wierzyłam w jego słowa - Odbiorę, tak jak on on odebrał mi wszystko co miałem.

______________________________________________________________________________
PRZEPRASZAM ZA ZWŁOKĘ!!
Wiem, że długo czekaliście na ten rozdział. Starałam się napisać go najlepiej, ale nie wiem czy wyszedł, chociaż na 50%. Spodziewaliście się? Jak myślicie, co Zayn zmalował? XD Teraz się namieszało, ale w następnych rozdziałam wszystko się wyjaśni. 
Poza tym ja widziałam, że chyba 5 komentarzy było od tej samej osoby z anonima. Trochę mi przykro, że nie chcecie komentować. Według ankiety jest was 26...
Drogie anonimki! podpisujcie się proszę, choćby jakimś przezwiskiem lub nazwą z tt.
DZIĘKUJE ZA 11 TYSIĘCY WYŚWIETLEŃ!!! KOCHAM WAS <3 
10 kom=next ;)
Napisałam wersje angielską tego SMS od P, bo ona po prostu lepiej brzmi. Jednak nie jest identyczna, jak wersja po polsku :)
- Komentarze karmią wenę.
~. Miley <3

niedziela, 7 września 2014

~.19.~

ANONYMOU'S P.O.V
Wszyscy tam byli, dokładnie wszyscy. Zgodnie z moim planem siedzieli, rozmawiali o tej małe suce. Wciąż nie wiedzą, że pojawiłem/am się w jej życiu. Postanowiłam/em pozostać w ukryciu i obserwować ich.
- Nie możemy jej więcej okłamywać - Louis poderwał się z miejsca.
- To tylko tydzień, zrobi to i się jej pozbędziemy - wymamrotał znudzony narzekaniem kolegi Zayn. Ohh biedna suka myśli, że on jest w niej zakochany, a na prawdę uknuł spisek przeciwko niej. Szkoda...A może nie?
- Ona na to nie zasługuje - tłumaczył Tomlinson wymachując rękoma na wszystkie strony.
- Skąd to wiesz? jest zwykłą lalką - warknął Harry pochłaniając kolejną szklankę piwa. No tak świętoszek poszedł na odwyk.
- Rozmawiałem z nią o jej przeszłości, przeżyła na prawdę dużo. Odpuść, Malik - nalegał, lecz nie wiedział, że piekło tej dziewczyny dopiero się zacznie. A to ja je rozpocznę.
- Zgadzam się, pomogła mi - wtrącił Liam krzyżując ręce na piersi.
- Jest miła, ale...
- Sarah, proszę cię - Styles zacisnął ręce w piąstki i groźnym spojrzeniem skarcił swoją dziewczynę. Ahh kolejna ofiara...Phi.
Malik zaciągnął się papierosem i wypuścił dym z miną, jakby miał dość rozmawiania o swojej ukochanej. No tak, on sam ją rani, dlatego mu pomagam bez jego wiedzy. Nie pozwolę, by udawał że jej nie kocha. Ciekawe, który głupi nie zauważył, że zależy mu na niej tak samo, jak zależało mu na Perrie.

LUCY'S P.O.V
W poniedziałek biegałam rano z Niallem w Hyde Parku, po czym udaliśmy się do Nando's. Ten chłopak uwielbia ich jedzenie, na prawdę dziwi mnie ile potrafi w siebie wpakować. Później musiałam jechać z Zaynem po zakupy do jego domu, ale wynagrodził mi to pozwoleniem na zostanie na noc.

Wtorek
- Louis, przestań!! - krzyczałam roześmiana słysząc, jak przyjaciel fałszował mój ulubiony kawałek.
Stanęliśmy na stacji benzynowej, a podczas gdy Lou tankował ja przeszłam się do sklepu. Wzięłam nam kawę i podeszłam do działu z prasą. Chwyciłam pierwszą gazetę, która zobaczyłam. Następnie udałam się do kasy, przy której stał Lou i płacił za benzynę. Razem wsiedliśmy z powrotem do samochodu, gdy wjechaliśmy na autostradę zobaczyłam zamieszanie na stacji. Dziwne.
- Zadzwoń do Zayna, pewnie się denerwuje - powiedział przyjaciel z dość dziwnym tonem.
- Ostatnio ciągle jest zajęty, po co mam mu przeszkadzać - prychnęłam wyciągając z torebki błyszczyk.
- Lucy, zadzwoń - popatrzył na mnie spod ukosa.
Wybrałam numer chłopaka i włączyłam na głośno mówiący.
" Halo "
" Cześć, co tam? "
" Dobrze, jak droga? "
" Bez przeszkód, a co robisz? "
" Ja...ee właśnie przyjechałem do domu "
" Zayn... "
" Misiu muszę kończyć, baw się dobrze paa "
- Widzisz? okłamał mnie i spławił - rzekłam lekko zła, to nie pierwszy raz.

Podjechaliśmy pod dom na prześlicznym osiedlu. Louis wziął głęboki oddech i wysiadł z samochodu. Spojrzałam na niego pocieszający, po czym zapukałam w drzwi. Otworzyła kobieta niższa od Louisa, lecz wyższa ode mnie. Jej brązowe włosy opadały na plecy, a dżinsy idealnie pasowały do kolorowej bluzki. Duże oczy kobiety patrzyły zaskoczone na chłopaka, aż w końcu przetarła oczy dłońmi i chyba dotarło do niej, kto stoi w jej progu.
- Louis? Synku - przytuliła go z całej swojej siły, a na twarzy obu zagościł uśmiech.
- Mamo, przepraszam - wyszeptał do jej ucha, jednak ja również mogłam to usłyszeć. - To jest Lucy, moja przyjaciółka.
- Miło panią poznać - podałam rękę kobiecie, lecz ona przyciągnęła mnie do siebie.
- Ciebie również, dziecko. Jestem Johannah, wchodźcie - machnęła ręką w celu zaproszenia nas do środka.
Przeszliśmy do salonu, gdzie na kanapie zobaczyłam dwie dziewczynki rysujące coś na kartkach.
- Louissss! - krzyknęła jedna z bliźniaczek rzucając się na niego. Ten wziął ją na ręce i mocno przytulał.
- Właśnie zrobiłam obiad, siadajcie - rzekła Jay kładąc wazę z zupą na stół.
Nagle z góry zeszły dwie dziewczyny, starsze niż tego które rysowały. Jedna z nich miała na rękach małe dziecko, to pewnie te najmłodsze rodzeństwo Louisa.
- Louis - odparły zgodnie.
Ten podszedł do nich i wyściskał je, po czym wziął od nich dziecko.
Po około godzinie oraz zjedzonym obiedzie przyszedł czas na wyjaśnienia, rodzina usiała na kanapie, a ja przygryzałam wargę z nerwów.
- Przepraszam, że tyle lat się nie odzywałem. Moja praca tego wymagała - zaczął mój przyjaciel ściskając mnie lekko za rękę.
- Czym się zajmujesz? - spytała Lottie, którą bardzo polubiłam.
- Ścigam się samochodami, poświęciłem temu swoje życie - oznajmił, a jego dłoń mocniej ścisnęła moją.
- Matko, Louis! Czyś ty oszalał? Możesz sobie zrobić krzywdę! - wrzasnęła przerażona Jay.
- Spokojnie, jestem w tym dobry i uważam - Louis próbował ją uspokoić.
- Mamo, wyluzuj - mruknęła Fizzy.
- A gdzie mieszkasz? Dalej w Londynie? - Daniel zmienił temat przytulając się do Johannah.
- Tak, w kamienicy na obrzeżach miasta - nagiął prawdę.
Nagle z góry rozległ się głośny płacz dziecka, Charlotte zerwała się z miejsca.
- Ja pójdę, pogadaj z Lou. A ty Lucy, może masz ochotę...
- Jasne!
Poszłyśmy razem do małego pokoiku, który szczególnie mi się spodobał. Dwa małe łóżeczka stojące obok siebie, kolorowe ściany i pełno zabawek. Lottie wzięła na ręce niemowlę w różowej bluzeczce kołysając je.
- Więc jesteś dziewczyną Louisa? - zapytała z uśmiechem na twarzy.
- Nie, jesteśmy przyjaciółmi. Właściwie jestem dziewczyną jego przyjaciela - oznajmiłam rozglądając się po pomieszczeniu.
- Ile masz lat?
- 18, poprzedzając kolejne pytanie - tak jestem z Londynu.
- Dobrze, chcesz potrzymać? - podała mi maluszka, którego ostrożnie przejęłam.
Przejechałam delikatnie palcem po policzku dziewczynki, była taka malutka.
- Śliczna - uśmiechnęłam się.
- Lubię się nimi zajmować, często wyręczam mamę, która ma nas dużo - powiedziała spoglądając na mnie.
- Zasnęła, położę ją - odparłam nachylając się na łóżeczkiem.
Rodzina Louis jest wspaniała!

Dzień przed wyjazdem Louis poprawił swoje kontakty z rodziną. A ja często bawiłam się z bliźniakami. Gdy położyłam się spać po długiej rozmowie z Melissą rozmyślałam o tym, co robi Zayn. Za pewne jego głowa jest dokładnie między nogami jakiejś dziwki, ale on już taki się urodził. Wciąż zastanawiam się, dlaczego zależy mi na jego towarzystwie. Nagle usłyszałam stuknięcie dobiegające z na dworu. Wyjrzałam przez okno, a jedyne co widziałam to kogoś uciekającego w lesie. Byłam zbyt zmęczona, więc mój mózg postanowił o tym nie myśleć. Wróciłam do łóżka i próbowałam zasnąć.

Obudziłam się wypoczęta, następnie umyłam zęby oraz rozczesałam włosy. Ubrałam się, spakowałam swoją walizkę i zbiegłam na dół. Wszyscy nakładali już do stołu.
- Lucy, zjemy i od razu jedziemy. Zayn dzwonił - odparł Louis patrząc na mnie, jakby oczekiwał że zrozumiem jakąś intrygę.
- Dobrze - mruknęłam siadając obok Fizzy.
- Ohh cholera - usłyszałam głos Daniela, który właśnie wszedł przez taras do domu.
- Co się stało? - zapytała Jay.
- Ktoś włamał się do garażu, przebili m
i opony w aucie - wyjaśnił, a ja wiedziałam, że to musi być przyczyną wczorajszego hałasu.
Nagle mój telefon zadźwięczał, a ja wyciągnęłam go z kieszeni. To wiadomość...od P.
" To kwestia czasu, gdy zniszczę auto twojego kochasia. Całuski - P. "
Był też załącznik, zdjęcie na którym widać mnie stojącą z tą częścią w garażu podczas wyścigu. Zrobiło mi się czarno przed oczami, czego ten ktoś chce? Przecież nic nie zrobiłam, przynajmniej tak mi się wydaje.
- Ahh to pewnie te dzieciaki z drugiej strony ulicy, no cóż... - wymamrotał Daniel myjąc ręce.
Jadłam w ciszy, to ja była winna. Przeze mnie P przebiło opony. Mam już tego dość, ktoś robi sobie ze mnie żarty.
Razem z Lottie, Louisem i Jay posprzątaliśmy po śniadaniu. Młodsze bliźniaki zabawiała Fizzy, a Phoebe oraz Daisy bawiły się lalkami na dworze. Siostry mojego przyjaciela są cudowne, a jego malutki, młodszy brat to śliczny chłopczyk. Cieszę się, że przyjechałam tu z nim. Louis też wydaje się być szczęśliwy, że odwiedził rodzinę.
Pożegnaliśmy się ze wszystkimi, zapakowaliśmy walizki do bagażnika i ruszyliśmy w drogę.
- Dziękuje, że mnie namówiłaś księżniczko - uśmiechnął się Louis.
- Nie ma za co, cieszę się, że spędziłeś czas z rodziną - odparłam wyciągając książkę.
- Rozmawiałem dużo z mamą, oni chcą mnie kiedyś odwiedzić - oznajmił ochryple.
- To chyba dobrze, jesteście już w dobrych stosunkach.
- Tak, ale oni nie wiedzą, że tak na prawdę wyścigi są nielegalne, biorę za nie kupę pieniędzy, rzuciłem studia i sypiam z kim popadnie - wymamrotał przygryzając wargę.
- Kiedyś będziesz musiał im powiedzieć - rzekłam poprawiając usta szminką w lusterku.
- Nie jestem gotowy, ale zmieńmy temat.
- Mówiłeś, że Zayn dzwonił - przypomniałam ciekawa, co takiego powiedział.
- Ahh właśnie, dobrze wiesz, że on nie popiera tego, że pojechaliśmy do Doncaster. Kazał nam wrócić, bo są jakieś problemy z wyścigiem w niedzielę. Poza tym, wiesz że on teraz dużo trenuje, prawda? Dla niego to ważne i myślę, iż chcę żebyś tam była - tłumaczył powoli i dokładnie, aby nie pominąć żadnego szczegółu.
Nic nie odpowiedziałam tylko rozsiadłam się wygodnie, czytając książkę. Zayn'owi zależy na mojej obecności? Chyba oszalał.

Piątek
Rano razem z Sarah poszłam na zakupy spożywcze do domu, po czym spędziłyśmy dobre 45 minut w Starbucksie, którego obie uwielbiamy. No cóż, może do tego się myliłam mówiąc o londyńczykach. Następnie zostawiłyśmy produkty w mieszkaniu i biegałyśmy po Kensington. Obiad zrobiłyśmy same i wpadł nawet Niall, aby spróbować. Później zaprosiłyśmy Rachel oraz Melissą na wypad po klubach.
Ubrałam się, włosy spięłam w wysoką kitkę i podkreśliłam oczy ciemnymi cieniami. Spryskałam ciało perfumami, po czym z Sarah  zbiegłyśmy na dół, gdzie czekały Mel i Rachel. Od razu ruszyłyśmy w stronę najbliższych dyskotek. Gdy znalazłyśmy jedną musiała nam popsuć wieczór kolejka, która ciągnęła się dobry kilometr.
- Dobra, chodźcie gdzieś indziej - rzekła zrezygnowana Rachel.
- Nie, czekajcie - Sarah pociągnęła mnie za rękę i stanęła przed barczystym ochroniarzem z listą w ręku.
- Sarah Smith i Lucy Collins z przyjaciółkami - powiedziała zadowolona.
- Oh naturalnie, na rachunek pana Stylesa i pana Malika? - odrzekł nie patrząc nawet na listę, w oczach miał coś dziwnego. Jakby bał się nas, a raczej naszych chłopaków.
- Tak, pa Mike - rzuciła Sarah pchając nas do środka.
Przeszłyśmy do części dla Vip'ów, a Melissa przyciągnęła mnie do siebie.
- Podoba mi się to - uśmiechnęła się zadziornie, po czym poprawiła włosy.
Usiadłyśmy na skórzanych kanapach, a przestraszona kelnerka podeszła do nas z kartą. Wzrok tańczących ludzi utkwiony był na nas.
- Proszę, ja za chwilę wrócę i spiszę zamówienie - położyła menu na stole i odeszła.
Spojrzałam na stronę z wymyślnymi drinkami, gdy nagle poczułam wibracje w torebce. Liam do mnie dzwonił, z racji iż było głośno napisałam do niego sms.
" Co się stało? "
" Rachel nie odbiera, martwię się "
" Spokojnie, jest z nami :) Po prostu nie słyszała. Nie bój się, jest bezpieczna "
- To Liam? - zapytała Rach.
- Tak, martwił się - odparłam chowając urządzenie z powrotem do torebki.
Po chwili kelnerka wróciła, a my złożyłyśmy zamówienie.

4 godziny wirowania na parkiecie i wlewania w siebie kolejnych dawek alkoholu postanowiłyśmy iść dalej, a raczej zawlec się do domu. Byłam pijana, owszem byłam. Nigdy nie doprowadziłam się do takiego stanu, by ledwo iść na nogach. Podtrzymując się Rachel i Melissy, które również nie kojarzyły co się dzieje próbowałam dojść do domu. Nagle podjechał do nas duży, czarny samochód. Więcej nie pamiętam.

______________________________________________________________________
Wiem, wiem jestem beznadziejna (PRZEPRASZAM )Dodaję rozdział po tak długim czasie...A wy pobiliście limit w takim krótkim czasie! Za co jestem ogromnie wdzięczna <3 Tak poza tym może wam P wydaje się tandetne, bo Lucy nic nie zrobiła, ale myślę że następny rozdział się wam spodoba, bo wszystko się wyjaśni :)   I jeszcze jedno: Chcecie, abym dodawała linki i gify, czy wolicie jak rozdział nie ma żadnych "dodatków" ?

10 kom=Next :)

piątek, 29 sierpnia 2014

~.18.~

Obudziłam się w swoim łóżku około 1 a.m. Przeciągnęłam się i włożyłam stopy w ciepłe kapcie. Wzięłam z szafy ubrania, po czym udałam się do łazienki. Umyłam zęby, rozczesałam włosy. Zrobiłam lekki makijaż, a następnie pomalowałam paznokcie. Ubrałam się, sprawdziłam telefon. Miałam nieodebrane połączenia od Zayna, Louisa i Melissy. Wybrałam numer do tego pierwszego idąc do kuchni.
" Dzwoniłeś "
" Tak, Przyjedź na tor przed 9 p.m. Louis dziś jeździ "
" Wszystko? "
" Chyba tak "
Zrobiłam sobie śniadanie, które składało się z bułki z serkiem oraz herbaty. Nagle usłyszałam trzaśnięcie drzwi, Sarah wróciła.
- Cześć słodka, jak ci minął wieczór beze mnie? - odparła siadając na kanapie.
- Spoko, a Sarah - mruknęłam jedząc.
- Tak?
- Skończyły mi się pieniądze, a wiesz nie mam pracy...
- O jasne, wybacz - rzekła wyciągając portfel - Tyle starczy na razie?
Podała mi trzy banknoty, było to 150 funtów. Zamarłam, gdy dostały się w moje ręce.
- Sarah to strasznie dużo, nie wiem jak ci to oddam - wymamrotałam patrząc na nią.
- Nie musisz, wystarczy uścisk - wystawiła ręce, a ja przytuliłam się do dziewczyny.
Oderwałam się od niej, po czym schowałam pieniądze do swojego portfela. To było strasznie dziwne, tak po prostu wyciągnęła 150 funtów i dała mi je. Wiem, że Harry dużo zarabia, więc daje kasę swojej dziewczynie. Do tego Sar dostaje 400 funtów za jeden wyścig. Oni mają, co chcą. Odkąd pamiętam moje życie nie obracało się w luksusach, a teraz wożę się w BMW z największym przystojniakiem w Londynie. Mieszkam w cudownym mieszkaniu, mam ubrania z najdroższych sklepów. Nie wiem, kto to wymyślił. Na pewno kryje się za tym ten "haczyk".
- Wychodzę - krzyknęłam zamykając za sobą drzwi.
Postanowiłam się przewietrzyć. Spacerowałam po Londynie, to miasto jest dla mnie takie tajemnicze. Każdy człowiek ma w sobie jakiś sekret, każde miejsce ma w sobie jakiś sekret. Tutaj nie żyje się, tak jak wszyscy myślą. Nie chodzimy tu codziennie do Starbucks'a, nie każdego dnia pijemy herbatę o 5 p.m. Będąc w domu dziecka nie miałam zbytniego kontaktu z miastem, wychodziłam dwa razy w tygodniu. Zazwyczaj siedziałam w kawiarenkach z herbatą lub kawą i czytałam książki. Gdy tego potrzebowałam to jeździłam do Westfield po ubrania, nie spędzałam tam więcej niż godzinę. Nie potrafiłam chodzić po sklepach i przymierzać wszystko, co mi się podoba. Kupowałam zwykłe spodnie, koszulki. Większość czasu spędzałam w szkole, potem w swoim pokoju.
Siedziałam na wygodnym fotelu w kawiarni jedząc babeczkę, którą popijałam herbatą. Nagle podeszła do mnie kelnerka z pączkiem na talerzyku.
- Ja tego nie zamawiałam - odparłam lekko zdziwiona.
- Ohh wiem, to od tej osoby w czarnej bluzie - powiedziała stawiając talerzyk na stoliku kiwając głową w stronę lady.
Stał tam ktoś, niestety nie mogłam zobaczyć twarzy. Był/a odwrócony/a i gdy chciałam podejść w oczy rzucił mi się napis zrobiony lukrem na pączku. "Smacznego - P" Przerażona spojrzałam w tamto miejsce, ale nie było już tej osoby. Usiadłam na fotel i rozkroiłam pączka. Kartka służyła za nadzienie. Odczytałam ją. " Dziś, 9:05 p.m. garaże. Bądź sama, inaczej go dziś zniszczę... -P. " To niemożliwe, nie wiem kim jest ten świr, ale jeśli kogokolwiek skrzywdzi to nie ręczę za siebie. Poza tym, jak mam być tam sama skoro wtedy trwa wyścig i na pewno ktoś będzie kręcił się w garażu. Tak, czy siak spotkam się z P i zakończę to wreszcie. Muszę wiedzieć, kim jest. I zrobię to sama, nie powiem nikomu.  Już miałam schować telefon do kieszeni, lecz za nim do zrobiłam zdążył zapikać. P wysłało mi jakieś zdjęcie. Był na nim Louis trenujący na torze, to adnotacja do teksu. To chyba nie jest ten Japończyk, z którym jeżdżą chłopcy. Bo niby, co on miałby do mnie?  Myśli latają po mojej głowie, jak szalone.
Dopiłam herbatę, po czym wyszłam z kawiarni. Była 6 p.m. , a ja zgłodniałam. Babeczka mi nie wystarczyła, poza tym jadłam ją dawno. Wstąpiłam do Mc Donalda po duże frytki i wracając do domu zjadłam całe opakowanie. Otworzyłam drzwi, rzuciłam kluczyki na szafkę, po czym poszłam do salonu. Sarah siedziała na kanapie z laptopem na kolanach.
- Cześć - odparłam siadając obok niej.
- Hej, co tam? - rzekła nie odrywając się od ekranu.
- Spoko, za dwie godziny musimy wyjść z domu. Co robimy teraz? - powiedziałam rozglądając się.
- Ja muszę coś sprawdzić, rób co chcesz - mruknęła oschle.
Widząc, że Sarah nie bardzo ma ochotę ze mną rozmawiać udałam się do swojego pokoju. Zadzwoniłam do Melissy.
" Cześć tu Melissa, nie mogę rozmawiać. Zostaw słodką wiadomość po sygnale "
Odrzuciłam telefon na poduszkę, a sama usiadłam na krześle. Zaczęłam patrzeć na książki, które miałam. Prawie wszystkie przeczytałam, a wcześniej połowa należała do mojej babci i mamy. Wzięłam do ręki jedną, którą kupiłam sama. " Ślub "- Nicolas'a Sparks'a. Ja zawsze marzyłam, by mój był idealny. Ja z moim mężem stoimy przy ołtarzu, patrzymy tylko na siebie. Nie ważne, czy mam suknię drogą, jak cholera i czy wesele odbędzie się w jakimś ekskluzywnym miejscu. Śluby nie polegają na zrobieniu sensacji tylko na złączeniu dwojga ludzi. Owszem każdej kobiecie marzy się to, co wymieniłam wyżej, mnie również. Jednak najważniejsze, żeby zakochani zostali małżeństwem, a nie tematem na ustach wielu ludzi.
Podeszłam do szafy i wybrałam ubrania na dzisiejszy wieczór. Poszłam do łazienki, gdzie poprawiłam makijaż oraz włosy. Posmarowałam ciało balsamem z drobinkami złota, po czym przebrałam się. Wrzuciłam do torebki telefon, portfel, błyszczyk, kartkę od P.
- Sarah idziesz? - krzyknęłam otwierając drzwi.
- Tak, tak - powiedziała przybiegając do przedpokoju w tym sam czasie zakładała buty.
Wyszłyśmy z domu, czuć było lekki powiew wiatru. Szybko udałyśmy się do stacji metra, Sar mówiła o wczorajszym wieczorze z Harrym. Później przesiadłyśmy się na autobus. Oglądałam okolicę denerwując się przed spotkanie z P. Podczas marszu na sam tor czułam, że wybuchnę.
Gdy dotarłyśmy na miejsce przywitałam się ze wszystkimi, była nawet Rachel. Zobaczyłam Louisa, co od razu trochę mnie uspokoiło, ponieważ wiem że P nic mu nie zrobiło. Stałam przy jego aucie razem z Zaynem, Niallem i Liamem.
- Lucy - blondyn pstryknął palcami przed moim nosem.
- Tak?
- Pytałem, czy pójdziesz ze mną jutro do Nando's.
- Jasne - posłałam mu udawany uśmiech.
Rozglądałam się cały czas, aż w końcu Louis zwrócił na siebie moją uwagę.
- Dobra, życz mi szczęścia, księżniczko - przytulił mnie, po czym musnął lekko moje czoło. Mina Zayna była bezcenna.
- Wierzę w ciebie - odparłam łapiąc go za rękę.
Louis i Yoshiyuki wsiedli do swoich aut, a ja ciągle spoglądałam na zegarek. Gdy ruszyli wszyscy skupili się tylko na ich jeździe, a ja wymknęłam się szybko do garaży. Moje serce biło, jak szalone. Nikogo nie widziałam, stały tam tylko 4 auta. Nagle usłyszałam szelest dobiegający ze składziku. Pobiegłam tam, ani śladu żywej duszy. Zobaczyłam dziwną, metalową część leżącą na pustym stole.Wzięłam ją do ręki, ale nie wiedziałam, co z nią zrobić. Usłyszałam pisk opon i straszny hałas. Wybiegłam na dwór, na torze rozprzestrzeniał się ogień. To na szczęście nie Louis, ale ten drugi. Szybko ugasili pożar, a chłopak przeżył. Wróciłam do składziku, a część zniknęła. Leżała tylko kartka " Teraz jesteś moja -P. "
________________________________________________________________________
Witajcie :D Przepraszam, że tyle zwlekałam z rozdziałem, ale jak ostatnio włączyłam bloggera po prostu nic nie mogłam z siebie wydusić. Wena wyparowała, dlatego ten rozdział też jest kiepski i ma dużo błędów. Zauważyłam, że niektórzy źle zinterpretowali część tamtego rozdziału. Louis i Lucy powiedzieli sobie Kocham Cię po przyjacielsku, oni nie są razem. Lu ma Zayna, przecież wcześniej mówiła. I wiem, że jesteście źli, bo Lucy nie mówi nikomu o "P", ale wszystko ma drugie dno ;) Poza tym, czy moglibyście dla mnie dobić do 10 komentarzy? Proszę ♥ Kocham was. Pamiętajcie o hashtagu na TT #LifeFF :)
- Komentarze karmią wenę.
~.Miley <3
10 komentarzy = Next